— Gdzie on jest? — spytał, wpadając na korytarz. Jeśli dotychczas Aurora była nie do końca obudzona (mimo mrozu na dworze) teraz, przez koszmarnie jasne lampy, była jak najbardziej przytomna. Laura wpadła w ramiona Christophera, łkając głośno.
— Badają go, a ja nie jestem z rodziny, więc nic mi nie chcą powiedzieć! Ale Chris, on nic nie brał, przysięgam! Siedzieliśmy w tym klubie i przyszli jacyś jego kumple. Nie za bardzo chciał żeby do nas dołączyli, ale oni się uparli. Przynieśli drinki i on nagle... najpierw zachowywał się jak zbyt pobudzony, kiedy chciałam wyjść to mnie odepchnął, a potem... potem dostał drgawek, piana mu leciała z ust... nie wiem co się stało, musieli mu coś dosypać! — łkała cicho, czując jak mężczyzna ją obejmuje i głaszcze po plecach.
— Poczekaj, pójdę się czegoś dowiedzieć... — powiedział, oddając ją w ręce Aurory. Przytuliła ją do siebie i pozwoliła jej płakać.
— On naprawdę nic nie wziął... Nie mógł. Jest czysty! James był, widział.
— Ciii... Będzie okey... Jeśli nie wziął tego tylko mu dosypali to zostanie na kilka dni tutaj i wypuszczą go... Spokojnie.
Zobaczyła jak Chris idzie w ich kierunku. Widziała, że był zdenerwowany. Posadziła Laurę i odeszła w jego stronę.
— Jeśli masz zamiar wyzywać, nie rób tego przy niej... — Pogroziła mu palcem.
— Cholerny, Patrick...
— Chris, może faktycznie mu coś dosypali...
— Myślisz, że już tego nie wykorzystał? Ostatnio jak wrócił do brania to jak przylazł to mówił, że ktoś mu dosypał, że mu podali, a jak było się uzależnionym to jedna dawka wystarcza żeby się od nowa przez to gówno dać zdominować. Szczególnie, jeśli się to dzieje w odstępie roku czy dwóch. Myślisz, że nie wiem?! — warknął, łapiąc ją za łokieć i ciągnąc jeszcze dalej od Laury. — Słyszałem. Wykorzystywał kumpli, żeby go znowu w to wciągnęli... Żeby nie było na niego, że wrócił.
— Nie wiesz jak było tym razem...
— Aurora... On jest uzależniony. Tacy ludzie są wyjątkowo kreatywni jeśli chodzi o ćpanie. Przestałem mu wierzyć po kolejnym odwyku. Nie ma kredytu zaufania... Wyrzucam pieniądze, żeby mu ratować życie i zdrowie, a on i tak to marnuje...
— Kocha Laurę, nie zawiódłby jej...
— Kurwa... Jesteś taka ufna i naiwna. Nie wiesz jak to jest być uzależnionym. Jak to jest żyć z taką osobą... — Zacisnął palce u nasady nosa. — Nie zdziwiłbym się, gdyby znowu wrócił do brania. Muszę tu zostać. Zabierz Laurę do domu.
— Chris, nie uważasz, że powinna tu zostać?
— Nie. Jak mu zrobię awanturę, lepiej żeby jej tu nie było.
— Szybko go oceniasz jak na prawnika. A co z domniemaniem niewinności, hm? — warknęła, dźgając go palcem w tors.
— Był naćpany jakimś świństwem, A. Dla mnie, po tylu razach, nie ma domniemania niewinności. Muszę się teraz nim zająć, żeby to nie zabrnęło za daleko.
— Czy ciebie też tak wszyscy od razu skazują?
— Okey, doszliśmy do tego momentu... — Westchnął głośno. — Jak mój ojciec zobaczył, że ćpam, momentalnie wysłał mnie na odwyk. Nie pytał dlaczego, nie pytał co. Łykałem jakieś gówno, żeby mieć więcej energii na imprezy i nadrabianie zaległości. Głównie lek na ADHD, hektolitry kawy, kilka razy sięgnąłem po amfetaminę i LSD. Ale w pewnym momencie nawet codzienne rzeczy wymagały ode mnie wzięcia tego dziadostwa. Ojciec zobaczył u mnie objawy raz, chociaż starałem się jak mogłem, żeby nie widział, bo wiedziałem jak to się skończy. Był krzyk, awantura... Nie wyobrażałem sobie skończenia nauki bez tej pomocy... Pan prawnik załatwił mi przerwę w studiach i pomoc w zaliczeniu semestru. Nie, nie to, że nie musiałem tyrać na egzaminy, ale mogłem je zaliczać po terminie. W aktach załatwił chorobę, bo wiesz jakby to było gdybym miał odwyk w kartotece? Zero kariery. Takie papiery dla prawnika są nie do przyjęcia. Bierz sobie co chcesz, jest okey, dopóki nikt o tym nie wie... — warknął. — On ma dokumenty, A.
— Dlatego jesteś od nich tak uzależniony? — spytała cicho.
— Mhm... Zrobiłem wtedy kilka rzeczy, z których nie jestem dumny... Ale nie będę ci tego teraz opowiadać... W każdym razie, odciął mnie szybko i skutecznie. Wydawało mi się, że mam motywację, by nie wrócić... Patrickowi też dał szansę. Okey, ojciec nie jest idealny, wręcz przeciwnie, ale za pierwszym razem mu pomógł... Ale on ledwo wyszedł z odwyku, znowu zaczął ćpać. Więc to ja mu pomagałem, bo ojciec nie chciał, albo nie wiedział... Wiesz ile razy świeciłem oczami za Patricka? Ile razy wyciągałem go z bagna?
— Okey... — powiedziała, odwracając się w stronę przyjaciółki.
— Aurora...
— Nie, Chris. To twój brat i jeśli ty się od niego odsuniesz to kto mu zostanie? Tylko ty w niego wierzyłeś, a teraz chcesz go opuścić? Wiem, że jesteś wściekły, ale może się mylisz, hmm? Nie bierzesz pod uwagę takich okoliczności? Zajmij się tym, mam jednak nadzieję, że nie wejdziesz tam robiąc awanturę. — Ruszyła w stronę Laury i bez słowa pożegnania wyszła ze szpitala.
— Pokłóciliście się przez nas — powiedziała Laura, gdy siedziały w samochodzie Auorory.
— Nie przejmuj się. To tylko sprzeczka. Bywało gorzej... — odparła cicho, wyjeżdżając z parkingu.
— Czym on wróci do domu?
— Przyjechaliśmy dwoma samochodami. Wiedział, że on pewnie zostanie, a ja cię zabiorę do domu. Więc przyjechaliśmy oddzielnie — mruknęła.
— Naprawdę mi przykro...
— Przestań. Naprawdę, to tylko sprzeczka... — warknęła.
— Jesteś zdenerwowana.
— Bo jest uparty jak osioł.
— Wolałabym zostać tam... — mówiła cicho, wycierając nos.
— Musisz wziąć prysznic. A Christopher musi z nim porozmawiać. W cztery oczy.
Laura nie była z tego zadowolona, ale nie odzywała się przez całą drogę. Aurora też nie poruszała tego tematu, zamykając się w świecie swoich przemyśleń. Była zła. Ale nie na Laurę czy Patricka, ale na Chrostophera, za, w jej odczuciu, zbyt ostrą reakcję. Wiedziała, że przeszłość jego brata była mroczna i naznaczona wieloma powrotami do narkotyków, ale liczyła, że Chris jednak stanie po jego stronie, wierząc że to nie jego wina. Ten jednak od razu założył, że Patrick tego chciał. A to niby ona nie ufała ludziom, widziała tylko to co złe i zakładała, że każdy jest zły i chce skrzywdzić.
Jamesowi nie udało się nic wyciągnąć od dziewczyn, kiedy wróciły do domu. Laura od razu zatrzasnęła drzwi do swojego pokoju, a Aurora nalała sobie soku do szklanki, rzuciła że Christopher się tym zajmie i zniknęła w sypialni, zostawiając go samego, z mnóstwem pytań.
Rano nie było lepiej, bo obie bardzo długo nie wychodziły do salonu czy kuchni. Zakładał, ze albo śpią, albo chcą się zagłodzić, więc postanowił sam zanieść im jedzenie. Laura spała, a Aurora siedziała przed komputerem i pracowała, z wdzięcznością dziękując mu za śniadanie i kawę. Potem wrócił do salonu, bo dziewczyna nie była zbyt rozmowna.
Rano nie było lepiej, bo obie bardzo długo nie wychodziły do salonu czy kuchni. Zakładał, ze albo śpią, albo chcą się zagłodzić, więc postanowił sam zanieść im jedzenie. Laura spała, a Aurora siedziała przed komputerem i pracowała, z wdzięcznością dziękując mu za śniadanie i kawę. Potem wrócił do salonu, bo dziewczyna nie była zbyt rozmowna.
Siedział przed telewizorem, gdy ktoś zapukał do drzwi. Niechętnie wstał, żeby je otworzyć i stanął twarzą w twarz z Christopherem.
— No i? — spytał, słysząc jak drzwi do pokoju Laury się otwierają, a ona sam przybiega do pomieszczenia.
— Chris... Gdzie on jest? — spytała niepewnie.
— W ośrodku. Ze szpitala wypisali go rano i sam podjął decyzję, że chce iść do ośrodka na kilka dni.
— Słucham?! Ale dlaczego?! Mogę go zobaczyć?
— Zasady tego miejsca wykluczają wizyty. Posłuchaj, spędzi tam kilka dni, bo chce mieć pewność, że ta jedna dawka nie sprawi, że wróci do ćpania.
— Ale wierzysz mu, prawda? Powiedz, że tak. Jeśli ty w niego zwątpisz to kto mu zostanie? On naprawdę nie chciał... — Jej błagalny ton i zaczerwienione oczy podziałały na niego uspokajająco. Pomimo iż nadal był rozdrażniony, wypuścił powietrze z płuc i spojrzał na dziewczynę.
— Laura... Wiem. Rozmawiałem z nim. To tylko kilka dni... — powiedział, przytulając ją do siebie. — Aurora jest?
— Tia, siedzi w sypialni... — powiedział James, ciągnąc przyjaciółkę w najodleglejszy kąt mieszkania.
Mężczyzna ruszył w tamtym kierunku, jednak kiedy pchnął drzwi, nie zobaczył dziewczyny w pomieszczeniu. Słyszał jednak szum wody, więc ruszył w stronę jej łazienki. Stała zupełnie naga, tyłem do niego. Przyglądał się jasnej skórze jej pleców, odsuniętych na bok włosach, odsłaniających kark, wąskiej talii, krągłym pośladkom i szczupłym nogom. Nie zauważyła, że wszedł, więc kontynuowała wycieranie ciała, powoli się schylając. Odchrząknął. Odwróciła się spłoszona, łapiąc cienką białą koszulkę z szafki i wciągając ją na nadal wilgotne ciało, co niewiele pomogło, bo materiał momentalnie opiął się na jej piersiach.
— Widzę, że się cieszysz na mój widok... — Przyglądał się jej sutkom, które momentalnie zasłoniła rękami.
— Serio?! — jęknęła, obsuwając jeszcze i tak nieco przydługą koszulkę. — Nie mogłeś poczekać?!
— Widziałem cię nago, więc coś ty taka wstydliwa nagle, hmm?
— Spadaj... — warknęła, znowu odwracając się do niego tyłem.
— Nadal jesteś zła?
— Nie jestem zła... — Wypuściła głośno powietrze z płuc i przymknęła oczy. Poczuła jak obejmuje ją od tyłu i opera swoją głowę o jej.
— Patrick sam chciał jechać do ośrodka. Żeby nie kusić losu. Spędzi tam kilka dni. Porozmawialiśmy i przysięgam, nie krzyczałem.
— To dobrze — powiedziała cicho.
— Patrick zapewniał, że nie wziął sam. Kiedy zaproponował ośrodek...
— Potwierdził to co powtarzała Laura.
Skinął głową. Złapała go za dłoń i splotła ze sobą ich palce, odchylając przy tym lekko głowę i pozwalając mu pocałować się w szyję.
— Byłem okropny, wiem. — Przymknął na chwilę oczy.
— A ja wiem, że macie historię, która sprawia że mu nie ufasz... — szepnęła.
— Jest okey?
— Oczywiście. — Uśmiechnęła się szeroko i odwróciła do niego przodem. Zarzuciła mu ręce na szyję i czule pocałowała. — Opowiesz mi o tym co się wtedy wydarzyło?
Zamknął na chwilę oczy.
— Niewiele tu opowieści. Pod wpływem leków spowodowałem wypadek. Nawiałem z miejsca. Ojciec się wtedy dowiedział. Wszystko zatuszował, wysłał mnie na odwyk... Na moje szczęście nikomu nic poważnego się nie stało, ale jeden gość długo leżał w szpitalu z połamanymi kończynami... — powiedział, a ona poczuła jak całe jego ciało się spina.
— Twój własny ojciec, szantażuje cię, dowodami na błąd, który popełniłeś wiele lat temu? — mruknęła, odwracając się do niego przodem. — Z całą pewnością daleko mu do tytułu ojca dekady.
— Taa... Cóż, jesteś pierwszą osobą, która przetrwała starcie z nimi, po moim rozstaniu z Amandą.
— Jestem zaszczycona. Posłuchaj... To co się stało dawno temu... Nie chcę tego roztrząsać, dyskutować... Każdy popełnia błędy, nie? Cóż, ty za swoje musisz płacić uwiązaniem do specyficznych rodziców... — zaśmiała się cicho.
— Od lat staram się znaleźć sposób, żeby się zerwać, ale za każdym razem gdy grożę, że odejdę, słyszę: to wszyscy się dowiedzą co zrobiłeś. I dyskutuj tu... Nie miałem pozycji, skończyłbym na bruku, albo na drugim końcu kraju, o ile mój ojciec by nie zrobił czegoś, żeby i tam nabrudzić... — mruknął. Widział jej pytające spojrzenie. — Zna prawników w całych Stanach.
Złapała go za rękę i zacisnęła palce.
— Ważne, że teraz się wyjaśniło... Innymi rzeczami możemy się zająć jutro...
*
Wiedziała, że pewnego dnia wszystko się spieprzy. Nie wiedziała tylko, że nastąpi to tak szybko i w tak dramatyczny sposób. Nie przewidziała, że jej serce rozpadnie się na milion kawałeczków, a jej płuca wypełnią się palącym bólem, jakby nie mogła złapać powietrza. Nigdy się tak nie czuła i mimo częstych, pesymistycznych wizji, nie myślała, że będzie tak cierpieć kiedykolwiek w swoim życiu. Jakby ktoś wyrwał jej połowę organizmu i zabrał, zostawiając ją krwawiącą i zrozpaczoną.
Tego dnia wstała wcześnie rano. Nic nie zwiastowało nawałnicy, która nastąpiła kilka godzin później. Na niebie świeciło słońce, a skórę szczypał przyjemny mróz. Aurora wyszła na zakupy, szykując się na wieczór z Christopherem, który planowali od kilku dni. Wyjątkowo nie miał dla niej ostatnio czasu, gdyż praca pochłaniała go od rana do wieczora. Zresztą dziewczyna też spędziła kilka dni w Nowym Orleanie i z ich wspólnych, kilkudniowych wakacji nic nie wyszło, chociaż chcieli to sobie odbić jak tylko skończy się sprawa, którą prowadził Chris. Wróciła, pokryta cieniutką warstwą śniegu i po ogarnięciu się, zaczęła przygotowywać obiad. Z zadumy wyrwało ją głośne trzaśnięcie drzwi. Podniosła wzrok i zobaczyła Christophera, który zdjął z siebie kurtkę, po czym stanął po drugiej stronie wyspy.
— Wszystko w porządku? — spytała, wycierając ręce i chcąc do niego podejść. Powstrzymał ją gestem ręki.
— Co to ma być? — warknął, kładąc na blacie telefon, na którego ekranie wyświetlone było zdjęcie. Jej zdjęcie. Jej i Milesa.
— Cholera, skąd to masz? — powiedziała z przerażeniem.
— Czy to ważne? Wyjaśnisz mi co to za gość, czy będziesz odwracać kota ogonem licząc, że odpuszczę, hmm?
— To znajomy.
— Znajomy?! To tak się żegnasz ze znajomymi? — ryknął.
— Uspokój się.
— Nie. Dostaję zdjęcia, na których przytulasz się z jakimś facetem. Słyszę, że widziałaś się z nim więcej niż raz w ostatnich miesiącach... Czy to przez moją pracę? Bo mam za mało czasu, co?
— Słucham?! Christopher, daj spokój. Ten facet to... Znajomy. Ryan zorganizował mi spotkanie z himalaistami, on jest jednym z nich.
— Po cholerę ci spotkania z himalaistami?! Masz zamiar robić o nich reportaż, czy co?
Westchnęła głośno, czując że nie może dalej walczyć i kłamać. Musiała powiedzieć prawdę.
— Będę się z nimi wspinać — szepnęła, prawie niesłyszalnie. Nie była pewna, czy to co powiedziała, dotarło do jego uszu.
— Wspinać?! Wspinać gdzie?! — Dotarło.
— Na Everest... — Spuściła głowę. Zapadła cisza. Grobowa i krępująca. Czuła na sobie jego wzrok. Wiedziała, że przetwarza to co powiedziała. Nie chciała tego przerywać. Czekała na jego reakcję.
— Słucham? — powiedział cicho. — Czy ty sobie ze mnie jaja robisz w tym momencie?! — Był jak głośnik, w którym ktoś cały czas podnosi poziom decybeli. Od szeptu, przeszedł do krzyku. Znowu.
— Nie. Uspokój się. Nie powinniśmy rozmawiać...
— Nie! Nie będziesz mi mówić kiedy będziemy rozmawiać, a kiedy nie! Kurwa, to nie jest decyzja z dnia na dzień! Od kiedy to planujesz?!
— Od prawie roku...
— I nie wpadłaś na pomysł, żeby powiedzieć coś na ten temat?! Nie wiem, może: hej, wiesz będę ryzykować swoje życie, żeby minutę postać na jakieś pieprzonej górze?! — ryknął.
— To nie takie proste.
— Jak dla mnie to jest zajebiście proste! Ryzykujesz swoje życie po... gówno. Masz sobie kaprys i jak małe dziecko, musisz zrobić to co chcesz...
— Nie rozumiesz... — Była wycofana i wystraszona. Nikt nigdy tak na nią nie krzyczał. Ale czuła, że ma prawo tak zareagować. Teraz pojmowała, że zachowała się tragicznie.
— Tak... Nie rozumiem. Nie wspinam się, więc nie wiem co ludzi ciągnie w góry. Kurwa możesz spaść, może zejść lawina, możesz zachorować. Możesz nie wrócić, a mówisz mi o tym dopiero teraz?! — krzyczał. Jeszcze nigdy nie widziała go tak wściekłego.
— Trenowałam. Wspinałam się wcześniej.
— Wiesz ilu takich zostało tam na zawsze?! — Słyszała rozpacz i strach w jego głosie, który dudnił w jej głowie. Wiedziała, że jego słowa zostaną z nią na długo.
Zamknęła oczy, czując jak łzy napływają do jej oczu.
— Myślałem, że traktujesz nasz związek poważnie.
— Oczywiście, że traktuję!
— To dlaczego nic nie powiedziałaś? Dlaczego nie dałaś mi nawet szansy, żeby cię odwieźć od tego? Moje zdanie się nie liczy?!
— Chris...
— Przesadziłaś — powiedział głosem, który łamał jej serce.
— Chris, proszę cię...
— Nie, Aurora. Bezsensowne ryzykowanie życia to jedno... Zatajenie tej informacji to drugie. Czy ty w ogóle chciałaś mi powiedzieć? Czy wcisnęłabyś mi kit, że na dwa miesiące jedziesz w ciepłe kraje, co? Jak ja mam ci zaufać? Ja nawet nie wiem czy ty wrócisz... Zakładasz, że tak, ale nie możesz być pewna.
— Nie będę ryzykować... Jeśli... — Przerwał jej.
— Cała ta wyprawa to jedno wielkie ryzyko.
— Nie wierzysz we mnie? — powiedziała cicho, czując jak łzy spływają po jej policzkach.
Zacisnął mocno powieki.
— Nie w tym przypadku. Bo tam niewiele od ciebie zależy. Mówiłaś, że boisz się złamanego serca, hmm? — powiedział cicho, odsuwając się od blatu. — Nie dzwoń.
— Chris...
Pokręcił tylko głową. Łzy kapały na podłogę tuż koło jej nagich stóp.
— Kiedyś pytałaś dlaczego, mimo twojego wieku, z tobą jestem. Uważałem, że jesteś odważna i dojrzała. Może i jesteś odważna, ale teraz... zachowałaś się jak smarkula i egoistka. Domyślam się, że nikomu nie powiedziałaś... — Jej milczenie było dla niego wystarczającą odpowiedzią. — Szczeniackie, Aurora. I żałosne. Bałaś się naszej reakcji... Miałaś czego. Nie dałaś nam nawet szans zrozumieć, przetrawić, spróbować cię od tego odwieść... Jakbyśmy się nie liczyli... Nie chcę tego ciągnąć... — warknął i wyszedł z mieszkania, zostawiając ją zapłakaną i ze zmiażdżonym sercem.
Bo miał rację.
Bo miał rację.
Koniec Części 1
*
Ponieważ doszliśmy do końca części pierwszej, nastąpi przerwa w publikowaniu nowych rozdziałów. Na kolejny, który będzie prologiem, zapraszam: nie wiem kiedy (jeśli opowiadanie powróci to najpewniej za miesiąc: 18.12.2016).
Jak na razie nie widzę zbyt dużego odzewu, nie widzę komentarzy i mam wrażenie, że nikt tego nie czyta. I czy w takim razie jest sens publikować? Jeśli jest, to (ach nie przywykłam do proszenia o komentarze) dajcie znać na dole. Wtedy niedługo opublikuję Prolog wprowadzający do Części II.
A tymczasem mała przerwa, podczas której polecam się zapoznać z kilkoma informacjami na temat wypraw na Mount Everest, na który będzie się wspinać Aurora. Może jednak się przyda.





