Następny rozdział: 06.08.2017 Rozdziały pojawiają się co około dwa tygodnie. Nie informuję o tym, zatem polecam obserwować bloga lub zwracać uwagę na te kolumny, ponieważ data czy informacja o ewentualnych opóźnieniach, zawsze pojawią się właśnie w tym miejscu.
Wszystko co znajduje się na blogu jest wytworem mojej wyobraźni. To fikcja literacka osadzona w realnym świecie. Ostrzegam, że niektóre elementy fabuły mogą nie zgadzać się z faktycznymi wydarzeniami. Opowiadanie może zawierać wulgaryzmy, przemoc oraz sceny 18+.
Drogi czytelniku, każda opinia jest na wagę złota, dlatego jeśli przeczytałeś moją twórczość, to pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza. :) Na blogu pojawia się opowiadanie autorskie, które jest tylko i wyłącznie mojego autorstwa. Zakazane jest kopiowanie treści.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą część 1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą część 1. Pokaż wszystkie posty

18 lis 2016

#19 'confession

— Gdzie on jest? — spytał, wpadając na korytarz. Jeśli dotychczas Aurora była nie do końca obudzona (mimo mrozu na dworze) teraz, przez koszmarnie jasne lampy, była jak najbardziej przytomna. Laura wpadła w ramiona Christophera, łkając głośno.
— Badają go, a ja nie jestem z rodziny, więc nic mi nie chcą powiedzieć! Ale Chris, on nic nie brał, przysięgam! Siedzieliśmy w tym klubie i przyszli jacyś jego kumple. Nie za bardzo chciał żeby do nas dołączyli, ale oni się uparli. Przynieśli drinki i on nagle... najpierw zachowywał się jak zbyt pobudzony, kiedy chciałam wyjść to mnie odepchnął, a potem... potem dostał drgawek, piana mu leciała z ust... nie wiem co się stało, musieli mu coś dosypać! — łkała cicho, czując jak mężczyzna ją obejmuje i głaszcze po plecach. 
— Poczekaj, pójdę się czegoś dowiedzieć... — powiedział, oddając ją w ręce Aurory. Przytuliła ją do siebie i pozwoliła jej płakać.
— On naprawdę nic nie wziął... Nie mógł. Jest czysty! James był, widział. 
— Ciii... Będzie okey... Jeśli nie wziął tego tylko mu dosypali to zostanie na kilka dni tutaj i wypuszczą go... Spokojnie. 
Zobaczyła jak Chris idzie w ich kierunku. Widziała, że był zdenerwowany. Posadziła Laurę i odeszła w jego stronę.
— Jeśli masz zamiar wyzywać, nie rób tego przy niej... — Pogroziła mu palcem.
— Cholerny, Patrick...
— Chris, może faktycznie mu coś dosypali...
— Myślisz, że już tego nie wykorzystał? Ostatnio jak wrócił do brania to jak przylazł to mówił, że ktoś mu dosypał, że mu podali, a jak było się uzależnionym to jedna dawka wystarcza żeby się od nowa przez to gówno dać zdominować. Szczególnie, jeśli się to dzieje w odstępie roku czy dwóch. Myślisz, że nie wiem?! — warknął, łapiąc ją za łokieć i ciągnąc jeszcze dalej od Laury. — Słyszałem. Wykorzystywał kumpli, żeby go znowu w to wciągnęli... Żeby nie było na niego, że wrócił.
— Nie wiesz jak było tym razem...
— Aurora... On jest uzależniony. Tacy ludzie są wyjątkowo kreatywni jeśli chodzi o ćpanie. Przestałem mu wierzyć po kolejnym odwyku. Nie ma kredytu zaufania... Wyrzucam pieniądze, żeby mu ratować życie i zdrowie, a on i tak to marnuje... 
— Kocha Laurę, nie zawiódłby jej...
— Kurwa... Jesteś taka ufna i naiwna. Nie wiesz jak to jest być uzależnionym. Jak to jest żyć z taką osobą... — Zacisnął palce u nasady nosa. — Nie zdziwiłbym się, gdyby znowu wrócił do brania. Muszę tu zostać. Zabierz Laurę do domu.
— Chris, nie uważasz, że powinna tu zostać?
— Nie. Jak mu zrobię awanturę, lepiej żeby jej tu nie było.
— Szybko go oceniasz jak na prawnika. A co z domniemaniem niewinności, hm? — warknęła, dźgając go palcem w tors.
— Był naćpany jakimś świństwem, A. Dla mnie, po tylu razach, nie ma domniemania niewinności. Muszę się teraz nim zająć, żeby to nie zabrnęło za daleko. 
— Czy ciebie też tak wszyscy od razu skazują? 
— Okey, doszliśmy do tego momentu... — Westchnął głośno. — Jak mój ojciec zobaczył, że ćpam, momentalnie wysłał mnie na odwyk. Nie pytał dlaczego, nie pytał co. Łykałem jakieś gówno, żeby mieć więcej energii na imprezy i nadrabianie zaległości. Głównie lek na ADHD, hektolitry kawy, kilka razy sięgnąłem po amfetaminę i LSD. Ale w pewnym momencie nawet codzienne rzeczy wymagały ode mnie wzięcia tego dziadostwa. Ojciec zobaczył u mnie objawy raz, chociaż starałem się jak mogłem, żeby nie widział, bo wiedziałem jak to się skończy. Był krzyk, awantura... Nie wyobrażałem sobie skończenia nauki bez tej pomocy... Pan prawnik załatwił mi przerwę w studiach i pomoc w zaliczeniu semestru. Nie, nie to, że nie musiałem tyrać na egzaminy, ale mogłem je zaliczać po terminie. W aktach załatwił chorobę, bo wiesz jakby to było gdybym miał odwyk w kartotece? Zero kariery. Takie papiery dla prawnika są nie do przyjęcia. Bierz sobie co chcesz, jest okey, dopóki nikt o tym nie wie... — warknął. — On ma dokumenty, A.
— Dlatego jesteś od nich tak uzależniony? — spytała cicho.
— Mhm... Zrobiłem wtedy kilka rzeczy, z których nie jestem dumny... Ale nie będę ci tego teraz opowiadać... W każdym razie, odciął mnie szybko i skutecznie. Wydawało mi się, że mam motywację, by nie wrócić... Patrickowi też dał szansę. Okey, ojciec nie jest idealny, wręcz przeciwnie, ale za pierwszym razem mu pomógł... Ale on ledwo wyszedł z odwyku, znowu zaczął ćpać. Więc to ja mu pomagałem, bo ojciec nie chciał, albo nie wiedział... Wiesz ile razy świeciłem oczami za Patricka? Ile razy wyciągałem go z bagna?
— Okey... — powiedziała, odwracając się w stronę przyjaciółki.
— Aurora... 
— Nie, Chris. To twój brat i jeśli ty się od niego odsuniesz to kto mu zostanie? Tylko ty w niego wierzyłeś, a teraz chcesz go opuścić? Wiem, że jesteś wściekły, ale może się mylisz, hmm? Nie bierzesz pod uwagę takich okoliczności? Zajmij się tym, mam jednak nadzieję, że nie wejdziesz tam robiąc awanturę. — Ruszyła w stronę Laury i bez słowa pożegnania wyszła ze szpitala.

— Pokłóciliście się przez nas — powiedziała Laura, gdy siedziały w samochodzie Auorory. 
— Nie przejmuj się. To tylko sprzeczka. Bywało gorzej... — odparła cicho, wyjeżdżając z parkingu.
— Czym on wróci do domu? 
— Przyjechaliśmy dwoma samochodami. Wiedział, że on pewnie zostanie, a ja cię zabiorę do domu. Więc przyjechaliśmy oddzielnie — mruknęła.
— Naprawdę mi przykro...
— Przestań. Naprawdę, to tylko sprzeczka... — warknęła.
— Jesteś zdenerwowana.
— Bo jest uparty jak osioł.
— Wolałabym zostać tam... — mówiła cicho, wycierając nos.
— Musisz wziąć prysznic. A Christopher musi z nim porozmawiać. W cztery oczy.
Laura nie była z tego zadowolona, ale nie odzywała się przez całą drogę. Aurora też nie poruszała tego tematu, zamykając się w świecie swoich przemyśleń. Była zła. Ale nie na Laurę czy Patricka, ale na Chrostophera, za, w jej odczuciu, zbyt ostrą reakcję. Wiedziała, że przeszłość jego brata była mroczna i naznaczona wieloma powrotami do narkotyków, ale liczyła, że Chris jednak stanie po jego stronie, wierząc że to nie jego wina. Ten jednak od razu założył, że Patrick tego chciał. A to niby ona nie ufała ludziom, widziała tylko to co złe i zakładała, że każdy jest zły i chce skrzywdzić.

Jamesowi nie udało się nic wyciągnąć od dziewczyn, kiedy wróciły do domu. Laura od razu zatrzasnęła drzwi do swojego pokoju, a Aurora nalała sobie soku do szklanki, rzuciła że Christopher się tym zajmie i zniknęła w sypialni, zostawiając go samego, z mnóstwem pytań.
Rano nie było lepiej, bo obie bardzo długo nie wychodziły do salonu czy kuchni. Zakładał, ze albo śpią, albo chcą się zagłodzić, więc postanowił sam zanieść im jedzenie. Laura spała, a Aurora siedziała przed komputerem i pracowała, z wdzięcznością dziękując mu za śniadanie i kawę. Potem wrócił do salonu, bo dziewczyna nie była zbyt rozmowna. 
Siedział przed telewizorem, gdy ktoś zapukał do drzwi. Niechętnie wstał, żeby je otworzyć i stanął twarzą w twarz z Christopherem.
— No i? — spytał, słysząc jak drzwi do pokoju Laury się otwierają, a ona sam przybiega do pomieszczenia.
— Chris... Gdzie on jest? — spytała niepewnie.
— W ośrodku. Ze szpitala wypisali go rano i sam podjął decyzję, że chce iść do ośrodka na kilka dni.
— Słucham?! Ale dlaczego?! Mogę go zobaczyć? 
— Zasady tego miejsca wykluczają wizyty. Posłuchaj, spędzi tam kilka dni, bo chce mieć pewność, że ta jedna dawka nie sprawi, że wróci do ćpania.
— Ale wierzysz mu, prawda? Powiedz, że tak. Jeśli ty w niego zwątpisz to kto mu zostanie? On naprawdę nie chciał... — Jej błagalny ton i zaczerwienione oczy podziałały na niego uspokajająco. Pomimo iż nadal był rozdrażniony, wypuścił powietrze z płuc i spojrzał na dziewczynę.
— Laura... Wiem. Rozmawiałem z nim. To tylko kilka dni... — powiedział, przytulając ją do siebie. — Aurora jest? 
— Tia, siedzi w sypialni... — powiedział James, ciągnąc przyjaciółkę w najodleglejszy kąt mieszkania.
Mężczyzna ruszył w tamtym kierunku, jednak kiedy pchnął drzwi, nie zobaczył dziewczyny w pomieszczeniu. Słyszał jednak szum wody, więc ruszył w stronę jej łazienki. Stała zupełnie naga, tyłem do niego. Przyglądał się jasnej skórze jej pleców, odsuniętych na bok włosach, odsłaniających kark, wąskiej talii, krągłym pośladkom i szczupłym nogom. Nie zauważyła, że wszedł, więc kontynuowała wycieranie ciała, powoli się schylając. Odchrząknął. Odwróciła się spłoszona, łapiąc cienką białą koszulkę z szafki i wciągając ją na nadal wilgotne ciało, co niewiele pomogło, bo materiał momentalnie opiął się na jej piersiach.
— Widzę, że się cieszysz na mój widok... — Przyglądał się jej sutkom, które momentalnie zasłoniła rękami. 
— Serio?! — jęknęła, obsuwając jeszcze i tak nieco przydługą koszulkę. — Nie mogłeś poczekać?!
— Widziałem cię nago, więc coś ty taka wstydliwa nagle, hmm?
— Spadaj... — warknęła, znowu odwracając się do niego tyłem.
— Nadal jesteś zła?
— Nie jestem zła... — Wypuściła głośno powietrze z płuc i przymknęła oczy. Poczuła jak obejmuje ją od tyłu i opera swoją głowę o jej. 
— Patrick sam chciał jechać do ośrodka. Żeby nie kusić losu. Spędzi tam kilka dni. Porozmawialiśmy i przysięgam, nie krzyczałem.
— To dobrze — powiedziała cicho.
— Patrick zapewniał, że nie wziął sam. Kiedy zaproponował ośrodek...
— Potwierdził to co powtarzała Laura.
Skinął głową. Złapała go za dłoń i splotła ze sobą ich palce, odchylając przy tym lekko głowę i pozwalając mu pocałować się w szyję.
— Byłem okropny, wiem. — Przymknął na chwilę oczy.
— A ja wiem, że macie historię, która sprawia że mu nie ufasz... — szepnęła.
— Jest okey?
— Oczywiście. — Uśmiechnęła się szeroko i odwróciła do niego przodem. Zarzuciła mu ręce na szyję i czule pocałowała. — Opowiesz mi o tym co się wtedy wydarzyło?
Zamknął na chwilę oczy.
— Niewiele tu opowieści. Pod wpływem leków spowodowałem wypadek. Nawiałem z miejsca. Ojciec się wtedy dowiedział. Wszystko zatuszował, wysłał mnie na odwyk... Na moje szczęście nikomu nic poważnego się nie stało, ale jeden gość długo leżał w szpitalu z połamanymi kończynami... — powiedział, a ona poczuła jak całe jego ciało się spina.
— Twój własny ojciec, szantażuje cię, dowodami na błąd, który popełniłeś wiele lat temu? — mruknęła, odwracając się do niego przodem. — Z całą pewnością daleko mu do tytułu ojca dekady.
— Taa... Cóż, jesteś pierwszą osobą, która przetrwała starcie z nimi, po moim rozstaniu z Amandą.
— Jestem zaszczycona. Posłuchaj... To co się stało dawno temu... Nie chcę tego roztrząsać, dyskutować... Każdy popełnia błędy, nie? Cóż, ty za swoje musisz płacić uwiązaniem do specyficznych rodziców... — zaśmiała się cicho.
— Od lat staram się znaleźć sposób, żeby się zerwać, ale za każdym razem gdy grożę, że odejdę, słyszę: to wszyscy się dowiedzą co zrobiłeś. I dyskutuj tu... Nie miałem pozycji, skończyłbym na bruku, albo na drugim końcu kraju, o ile mój ojciec by nie zrobił czegoś, żeby i tam nabrudzić... — mruknął. Widział jej pytające spojrzenie. — Zna prawników w całych Stanach.
Złapała go za rękę i zacisnęła palce.
— Ważne, że teraz się wyjaśniło... Innymi rzeczami możemy się zająć jutro...

*

Wiedziała, że pewnego dnia wszystko się spieprzy. Nie wiedziała tylko, że nastąpi to tak szybko i w tak dramatyczny sposób. Nie przewidziała, że jej serce rozpadnie się na milion kawałeczków, a jej płuca wypełnią się palącym bólem, jakby nie mogła złapać powietrza. Nigdy się tak nie czuła i mimo częstych, pesymistycznych wizji, nie myślała, że będzie tak cierpieć kiedykolwiek w swoim życiu. Jakby ktoś wyrwał jej połowę organizmu i zabrał, zostawiając ją krwawiącą i zrozpaczoną.

Tego dnia wstała wcześnie rano. Nic nie zwiastowało nawałnicy, która nastąpiła kilka godzin później. Na niebie świeciło słońce, a skórę szczypał przyjemny mróz. Aurora wyszła na zakupy, szykując się na wieczór z Christopherem, który planowali od kilku dni. Wyjątkowo nie miał dla niej ostatnio czasu, gdyż praca pochłaniała go od rana do wieczora. Zresztą dziewczyna też spędziła kilka dni w Nowym Orleanie i z ich wspólnych, kilkudniowych wakacji nic nie wyszło, chociaż chcieli to sobie odbić jak tylko skończy się sprawa, którą prowadził Chris. Wróciła, pokryta cieniutką warstwą śniegu i po ogarnięciu się, zaczęła przygotowywać obiad. Z zadumy wyrwało ją głośne trzaśnięcie drzwi. Podniosła wzrok i zobaczyła Christophera, który zdjął z siebie kurtkę, po czym stanął po drugiej stronie wyspy.
— Wszystko w porządku? — spytała, wycierając ręce i chcąc do niego podejść. Powstrzymał ją gestem ręki.
— Co to ma być? — warknął, kładąc na blacie telefon, na którego ekranie wyświetlone było zdjęcie. Jej zdjęcie. Jej i Milesa.
— Cholera, skąd to masz? — powiedziała z przerażeniem.
— Czy to ważne? Wyjaśnisz mi co to za gość, czy będziesz odwracać kota ogonem licząc, że odpuszczę, hmm?
— To znajomy.
— Znajomy?! To tak się żegnasz ze znajomymi? — ryknął.
— Uspokój się. 
— Nie. Dostaję zdjęcia, na których przytulasz się z jakimś facetem. Słyszę, że widziałaś się z nim więcej niż raz w ostatnich miesiącach... Czy to przez moją pracę? Bo mam za mało czasu, co?
— Słucham?! Christopher, daj spokój. Ten facet to... Znajomy. Ryan zorganizował mi spotkanie z himalaistami, on jest jednym z nich.
— Po cholerę ci spotkania z himalaistami?! Masz zamiar robić o nich reportaż, czy co?
Westchnęła głośno, czując że nie może dalej walczyć i kłamać. Musiała powiedzieć prawdę.
— Będę się z nimi wspinać — szepnęła, prawie niesłyszalnie. Nie była pewna, czy to co powiedziała, dotarło do jego uszu.
— Wspinać?! Wspinać gdzie?! — Dotarło.
— Na Everest... — Spuściła głowę. Zapadła cisza. Grobowa i krępująca. Czuła na sobie jego wzrok. Wiedziała, że przetwarza to co powiedziała. Nie chciała tego przerywać. Czekała na jego reakcję.
— Słucham? — powiedział cicho. — Czy ty sobie ze mnie jaja robisz w tym momencie?! — Był jak głośnik, w którym ktoś cały czas podnosi poziom decybeli. Od szeptu, przeszedł do krzyku. Znowu.
— Nie. Uspokój się. Nie powinniśmy rozmawiać... 
— Nie! Nie będziesz mi mówić kiedy będziemy rozmawiać, a kiedy nie! Kurwa, to nie jest decyzja z dnia na dzień! Od kiedy to planujesz?!
— Od prawie roku... 
— I nie wpadłaś na pomysł, żeby powiedzieć coś na ten temat?! Nie wiem, może: hej, wiesz będę ryzykować swoje życie, żeby minutę postać na jakieś pieprzonej górze?! — ryknął.
— To nie takie proste.
— Jak dla mnie to jest zajebiście proste! Ryzykujesz swoje życie po... gówno. Masz sobie kaprys i jak małe dziecko, musisz zrobić to co chcesz...
— Nie rozumiesz... — Była wycofana i wystraszona. Nikt nigdy tak na nią nie krzyczał. Ale czuła, że ma prawo tak zareagować. Teraz pojmowała, że zachowała się tragicznie.
— Tak... Nie rozumiem. Nie wspinam się, więc nie wiem co ludzi ciągnie w góry. Kurwa możesz spaść, może zejść lawina, możesz zachorować. Możesz nie wrócić, a mówisz mi o tym dopiero teraz?! — krzyczał. Jeszcze nigdy nie widziała go tak wściekłego. 
— Trenowałam. Wspinałam się wcześniej.
— Wiesz ilu takich zostało tam na zawsze?! — Słyszała rozpacz i strach w jego głosie, który dudnił w jej głowie. Wiedziała, że jego słowa zostaną z nią na długo.
Zamknęła oczy, czując jak łzy napływają do jej oczu.
— Myślałem, że traktujesz nasz związek poważnie.
— Oczywiście, że traktuję! 
— To dlaczego nic nie powiedziałaś? Dlaczego nie dałaś mi nawet szansy, żeby cię odwieźć od tego? Moje zdanie się nie liczy?! 
— Chris...
— Przesadziłaś — powiedział głosem, który łamał jej serce.
— Chris, proszę cię... 
— Nie, Aurora. Bezsensowne ryzykowanie życia to jedno... Zatajenie tej informacji to drugie. Czy ty w ogóle chciałaś mi powiedzieć? Czy wcisnęłabyś mi kit, że na dwa miesiące jedziesz w ciepłe kraje, co? Jak ja mam ci zaufać? Ja nawet nie wiem czy ty wrócisz... Zakładasz, że tak, ale nie możesz być pewna. 
— Nie będę ryzykować... Jeśli... — Przerwał jej.
— Cała ta wyprawa to jedno wielkie ryzyko. 
— Nie wierzysz we mnie? — powiedziała cicho, czując jak łzy spływają po jej policzkach.
Zacisnął mocno powieki. 
— Nie w tym przypadku. Bo tam niewiele od ciebie zależy. Mówiłaś, że boisz się złamanego serca, hmm? — powiedział cicho, odsuwając się od blatu. — Nie dzwoń.
— Chris... 
Pokręcił tylko głową. Łzy kapały na podłogę tuż koło jej nagich stóp.
— Kiedyś pytałaś dlaczego, mimo twojego wieku, z tobą jestem. Uważałem, że jesteś odważna i dojrzała. Może i jesteś odważna, ale teraz... zachowałaś się jak smarkula i egoistka. Domyślam się, że nikomu nie powiedziałaś... — Jej milczenie było dla niego wystarczającą odpowiedzią. — Szczeniackie, Aurora. I żałosne. Bałaś się naszej reakcji... Miałaś czego. Nie dałaś nam nawet szans zrozumieć, przetrawić, spróbować cię od tego odwieść... Jakbyśmy się nie liczyli... Nie chcę tego ciągnąć... — warknął i wyszedł z mieszkania, zostawiając ją zapłakaną i ze zmiażdżonym sercem.
Bo miał rację.



Koniec Części 1


*


Ponieważ doszliśmy do końca części pierwszej, nastąpi przerwa w publikowaniu nowych rozdziałów. Na kolejny, który będzie prologiem, zapraszam: nie wiem kiedy (jeśli opowiadanie powróci to najpewniej za miesiąc: 18.12.2016).
Jak na razie nie widzę zbyt dużego odzewu, nie widzę komentarzy i mam wrażenie, że nikt tego nie czyta. I czy w takim razie jest sens publikować? Jeśli jest, to (ach nie przywykłam do proszenia o komentarze)  dajcie znać na dole. Wtedy niedługo opublikuję Prolog wprowadzający do Części II.
A tymczasem mała przerwa, podczas której polecam się zapoznać z kilkoma informacjami na temat wypraw na Mount Everest, na który będzie się wspinać Aurora. Może jednak się przyda.

http://lookingfor-freedom.blogspot.com/p/mount-everest.html

13 lis 2016

#18 'valley

Amanda należała do osób, które zrobią wszystko, żeby osiągnąć swój cel. Tym razem, tym celem był Christopher. Nie polubiła Aurory od samego początku. Była młodsza, pozowała do zdjęć, a jej były narzeczony był zapatrzony w tą małą zdzirę jak w obrazek. Ale Amanda wierzyła, że zawsze można coś zepsuć. Tym razem, okazja nadarzyła się niemal natychmiast. 
Otóż Amanada, która jest fanką wieczornych wyjść, szła akurat jedną z głównych ulic Nowego Jorku, gdy zobaczyła swoją rywalkę w objęciach innego mężczyzny. Wprawdzie nie robili nic niestosownego, jednak zdjęcia, na których ten obejmuje ją, a potem przytula, wystarczyły by dodać do tego jakąś historyjkę. Facet koło trzydziestki odprowadził ją do samochodu pod jedną z restauracji. Oboje śmiali się i dyskutowali o czymś, po czym pożegnali się i dziewczyna odjechała. Niby nic, a gdy dołoży się do tego opis pocałunku i czułego przytulania, można zachwiać wiarę w rywalkę. Ale Amanada miała zamiar znaleźć więcej powodów, by przekonać Christophera do zostawienia młodej fotografki.

*


— Czy mógłbyś z łaski swojej, przestać mnie kręcić? — spytała blondwłosa dziewczyna, która prowadziła samochód. — Ryan! To nie jest śmieszne! Nienawidzę jak mnie kręcisz.
— Kiedyś to się przyda. — odparł chłopak zza kamery.
— Tak. To fascynujące jak prowadzę samochód.
— Niecodziennie robi się to w Dolinie Śmierci, czyż nie? — zapytał, przechylając się w jej stronę i pokazując swoją uśmiechniętą twarz. 
— Jesteś najbardziej wkurzającą osobą we Wszechświecie... — jęknęła z poważną miną. 
— Dlatego mnie tak lubisz! 
— Zgnij w piekle, Owens... 
— Posłuchaj... — powiedział, odkładając kamerę na kolana. — Oświadczyłem się Alice.
— Słucham?! — krzyknęła blondynka, zatrzymując samochód.
— Oświadczyłem się jej. Chcemy wziąć ślub tuż po naszym powrocie. W czerwcu.
— Popieprzyło was? Ile wy się znacie?
— To miłość, A. Nie chcę czekać. 
Była w takim szoku, że musiała chwilę posiedzieć i przetrawić te informacje. Ona, osoba która nigdy nie wierzyła w instytucję małżeństwa, właśnie musiała przetrawić, że jeden z jej bliskich przyjaciół, chce ślubu z dziewczyną, którą zna od zaledwie pięciu miesięcy. Patrzyła na niego wielkimi oczami i powstrzymywała się przed skrzywieniem. Miała wrażenie, że drga jej powieka i górna warga, domagając się okazania zniesmaczenia.
— Wiem, że to dla ciebie szok ale... Naprawdę jesteśmy pewni, że chcemy spędzić ze sobą resztę życia. — Zaczął się tłumaczyć.
— Okey... — powiedziała, odpalając silnik i ruszając z miejsca, zastanawiają się czemu jej nie przydarzają się takie rzeczy.
— A ty? — zapytał nagle.
— A ja co?
— A ty jesteś zakochana?
Zapatrzyła się na drogę i uśmiechnęła. Jej emocje galopowały niczym rozpędzone stado koni i sama momentami za tym nie nadążała.
— Tak, wydaje mi się, że mogę to powiedzieć.
— Czyli jesteś szczęśliwa?
— A jak ktoś na moim miejscu mógłby nie być? Mam najlepszą pracę na świecie, która jest moją pasją, sprawia mi wiele radości oraz frajdy, a przede wszystkim mnie nie męczy. Podróżuję dookoła świata, widziałam już tyle pięknych miejsc, a jeszcze tyle przede mną. Mieszkam w Nowym Jorku! Najlepszym miejscu na całym globie! — zaśmiała się głośno. — Mam cudownych przyjaciół, którzy mnie wspierają i... Jestem zakochana w fantastycznym facecie. Czego chcieć więcej?

Dolina Śmierci była jednym z najbardziej niesamowitych miejsc, które widziała. Miejscami czuła się jak na Marsie. Zero wody, pomarańczowe głazy i góry dookoła. Na swój sposób piękne, chociaż nigdy nie chciałaby się tu zgubić bez telefonu, wody, jedzenia i klimatyzacji. Jadąc, dziękowała za nią, bo sprawiała, że temperatura w samochodzie była znośna. Plan był taki, że trochę jechali, zatrzymywali się w co ciekawszych punktach i robili zdjęcia, potem znowu jechali i tak w kółko. Oczywiście zatrzymali się żeby zobaczyć Badwater, czyli niewielkie słone jezioro. Cały ten park narodowy był z jednej strony piękny, a z drugiej przerażający. Był dowodem na to co dzieje się, gdy nie ma wody, a wysokie temperatury zabijają nawet najmniejsze przejawy życia. 

— Nigdy nie dostałam mandatu. Nawet mnie nie zatrzymali. Nigdy.
— Więc jesteś bardzo grzeczną dziewczynką.
— Cóż... — powiedziała, uśmiechając się szeroko. Siedzieli na masce samochodu i obserwowali zachód słońca nad Doliną Śmierci. 
— Okey, nie aż tak grzeczna, rozumiem. Mnie zatrzymali dwa razy. Raz za za szybką jazdę i raz za nawalenie się na plaży. Byliśmy z kumplami tak spici, że wezwano policję. Spędziłem noc na komisariacie. Okropne przeżycie i nie chcę tego powtarzać. Koncerty?
— Uch! Kocham koncerty. Okey, pierwsza była Florence and the Machine, potem The Neighbourhood, Justin Timberlake - coś niesamowitego, Maroon 5, Major Lazer, Jack U... Mam nadzieję, że czeka mnie jeszcze mnóstwo występów!
— Justina ci zazdroszczę. Planowałem iść, ale cholera jasna, nie wyszło! Kocham go!
— O tak, JT to klasa. Słuchaj, idziemy niedługo na koncert OneRepublic. Jeśli masz ochotę... Zapraszam.
— Pewnie! Okey, kolejne pytanie... — Był tak podniecony, że o mało nie zaklaskał w dłonie.
— Nie za dużo tych pytań? Będziemy mieć dwa miesiące na rozmowy — zaśmiała się głośno.
— Prawda. Okey... Powiedz mi jeszcze jedno... Największe podróżnicze marzenie?
— Powoli się spełnia... — Uśmiechnęła się szeroko i upiła łyk coli.


Ubrała białą koszulkę, obcisłe, potargane spodnie i białe adidasy. Do niewielkiej torebki spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i wyszła do salonu, pokazując się swoim współlokatorom. Kiedy zaaprobowali jej koncertowy look, cała trójka wyszła, żeby dojechać do Madison Square Garden. Bardziej niż na bliskości sceny, zależało im na przestrzeni do zabawy. Aurora miała ochotę się wyśpiewać i wytańczyć za wszystkie czasy, a ponieważ bardzo lubiła zespół, który miał zaraz wystąpić, znała niemal wszystkie piosenki na pamięć. Okazało się jednak, że bilety, które zdobył James były w najniższym sektorze, tuż koło sceny, dzięki czemu, jakby nie patrzeć, byli najbliżej sceny ze wszystkich miejsc siedzących. Aurora była zachwycona i z niecierpliwością czekała na początek koncertu, stukając nogami o podłogę. Niedługo po nich przyszedł Ryan z Alice, którzy załapali się na dwie wolne wejściówki, które James pierwotnie miał dać swojemu asystentowi i jego dziewczynie.
Kiedy koncert się zaczął blondynka nie mogła się powstrzymać. Tańczyła i śpiewała, zdając sobie sprawę z tego, że następnego dnia jej gardło odmówi posłuszeństwa. Ryan jak zwykle wyciągał co chwilę telefon, żeby nagrać jakieś filmiki, jednak ona nie zwracała zupełnie na niego uwagi.
— I feel something so righ, doing the wrong thing, I feel something so wrong, doing the right thing, I couldn't lie, couldn't lie, couldn't lie, everything that kills me makes me feel alive. Lately I've been, I've been losing sleep, dreaming about the things that we could be, but baby I've been, I've been praying hard, said no more counting dollars, we'll be counting stars... — śpiewała, orientując się jak nagle słowa piosenki nabierają dla niej nowego znaczenia. Zatrzymała się na moment stwierdzając, że musi wykorzystać te pięć minut, które zostało jej dane, bo gdy wyzna prawdę, wszystko spłonie niczym pieniądze o których śpiewał na scenie wokalista.


Było już wyjątkowo późno, więc pozmywał po kolacji, schował papiery do teczki, zamknął laptopa i pogasił światła w całym mieszkaniu, oprócz sypialni. Włączył jakiś film i starając się usnąć oglądał kolejne sceny, czując jak powoli jego oczy się zamykają. Z tego stanu wyrwało go trzaśnięcie drzwi i kroki. Spojrzał w stronę korytarza i zobaczył Aurorę, która stała chwilę na środku pomieszczenia. Nie miała już na sobie butów, szalika, czapki i płaszcza. Oddychała głęboko, patrząc na niego płomiennym wzrokiem. W końcu zdjęła z siebie koszulkę i spodnie. Zaśmiał się cicho i rozłożył ramiona, widząc jak idzie w jego stronę, pozbywając się reszty garderoby.
— Myślałem, że idziecie po koncercie gdzieś wszyscy razem... — powiedział, gdy siadła na jego biodrach. Pokręciła tylko głową.
— Zostawiłam ich. Wolę spędzić noc z tobą... — zamruczała, schylając się i całując go namiętnie.
— Jak było?
— Dziko... — uśmiechnęła się, czując jak łapie ją za biodra i przerzuca na łóżko tak, by znaleźć się nad nią. 
— I dlatego jesteś tutaj? — mruknął, całując linię jej szczęki i szyję. 
— Och tak... — jęknęła, czując jego dotyk na swojej skórze. — Zimno na dworze i ktoś mnie musi rozgrzać...
— Rozumiem... — Zsunął się niżej, na co zareagowała jękiem. 
— Nie łaskocz! — oburzyła się. Podniósł się i popatrzył na nią, unosząc do góry jedną brew. 
— Jeszcze nie łaskotałem, ale mogę zacząć.
— Nie, nie, nie! — krzyknęła, przyciągając go do siebie. 
— Stworzyłem potwora... — Zaśmiała się głośno.
— Nawet nie wiesz jak wielkiego... — Rozsunęła nogi i wygięła się w łuk. — Czujesz? Lepiej coś z tym zrób...
Zaśmiał się i pokręcił głową.
— Jesteś niewyżyta. 
Jego pocałunki wypalały dziury w jej skórze, a dłonie zawłaszczały fragmenty ciała. Jęczała i wiła się, czekając z niecierpliwością aż skończy te tortury i zabierze ją na szczyt wyższy niż Everest, jednak on uparcie tego nie robił, zostawiając ją drążącą i niespełnioną. Oddychała głęboko i powoli traciła kontakt z rzeczywistością, chociaż rejestrowała jego cwany, łobuzerski uśmieszek, za każdym razem gdy się odsuwał. Kiedy w końcu po mieszkaniu rozniósł się krzyk rozkoszy, spowodowany jednym, delikatnym pocałunkiem, a jej ciało zamarło na kilkanaście sekund, nie do końca ogarniała świata dookoła. Dosłownie wyłączyło jej się myślenie i gdyby ktoś chciał ją teraz okraść, nawet by tego nie zauważyła. Leżała dłuższą chwilę wpatrując się w sufit i oddychając głęboko. W końcu Christopher nachylił się nad nią.
— Kto... tu... jest... potworem, hmm? — wyjęczała.
— Wybacz. Za dobrze się bawiłem.
— Nie poprawiasz swojej sytuacji, wiesz? Nawet nie jest mi źle, że ja doszłam a ty nie. Za te tortury powinieneś teraz mi usługiwać.
— Proszę bardzo. Mogę padać do twych stóp kiedy tylko chcesz... — zaśmiał się głośno, układając obok niej i przyciągając do siebie. Objęła go jedną ręką, zaplotła swoją nogę wokół jego, przyciskając piersi do jego skóry.
— Rozumiem już co James miał na myśli, mówiąc że mózg wyparowuje. 
— Mózg ci wyparował? — Mężczyzna wybuchnął śmiechem.
— Aha... Gdybym była tu sama i ktoś chciał mnie okraść... Nic by mnie to nie obchodziło. Mogliby mnie wynieść z całą zawartością mieszkania. 
— No to dobrze, że nie jesteś sama.
— Gdyby nie koncert, chciałabym więcej... ale wybacz, chyba zaraz usnę... 
Uśmiechnął się, widząc jak dziewczyna dopasowuje się do jego ciała i chwilę później jej oddech się uspokaja, a ona zasypia. Zresztą on do niej dołączył, nawet podczas snu nie pozwalając jej się odsunąć.

Nie wiedziała która jest godzina, ale z całą pewnością była noc, bo za oknem było ciemno, jakby ktoś wylał mocną kawę na szyby. Ale wibracje i dzwonek telefonu nie pozwalał jej dalej spać. Uniosła się na łokciach i jeszcze nieco zdezorientowana rozejrzała po pokoju. Christopher spał bardzo mocno, nadal ją obejmując. Spojrzała na półkę, na której leżał jego telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie Patricka. Zmarszczyła brwi, ale widząc że obudzenia go będzie graniczyło z cudem, chwyciła za urządzenie i przesunęła zieloną słuchawkę.
— Halo? — spytała nieco zachrypniętym głosem, odkaszlując.
— Aurora?! 
— Laura? 
— Czy... Och, okey... Jest tam gdzieś Christopher?
— Ta, zastanawiam się czy to nie jego zwłoki, bo ten telefon obudził nawet mnie... MNIE! A przecież mam cholernie mocny sen, a on nic... — zaśmiała się i postukała go palcem w nagie ramie. — Wszystko w porządku? Brzmisz... dziwnie...
— Nie, Patrick jest w szpitalu. Potrzebuję tu Christophera... Natychmiast.

6 lis 2016

#17 'have yourself a marry little christmas

— Rzadko bywasz w domu... Zmieniasz się w Laurę? — spytał James, gdy razem z Aurorą i wspomnianą przez siebie Laurą, siedzieli w ich mieszkaniu przed telewizorem z pizzą i winem.
— Hej! Jestem zakochana! Nie miej pretensji! — powiedziała oskarżycielskim tonem Niemka i rzuciła w niego poduszką. 
— Wybacz... To... Cóż, Christopher ma jakąś dziwną sprawę. Nie podoba mi się to... — mruknęła Aurora i upiła łyk wina, drapiąc kota za uchem. — Wraca zmęczony, pracuje po nocach i jest jakiś poddenerwowany, a przy tym wszystkim oczywiście nic nie chce powiedzieć...
— Patrick wspominał, że zupełnie nie rozumie zachowania ojca, który przyjął jakąś podejrzaną sprawę i zlecił ją Chrisowi. Mogę podpytać o szczegóły...
Przez moment Aurora rozważała takie rozwiązanie, ale zrezygnowała z tego, kręcąc głową.
— Sama go zapytam. Po świętach...
— A właśnie, Drogie Panie, co ze świętami? — rzucił James, patrząc na nie uważnie.
— Dostałam zaproszenie na wielką kolację do rodziców Patricka. Cholera nie podoba mi się to, ale cóż... Powiedział, że beze mnie nie pójdzie a jego kontakty z rodzicami i tak są marne... Jego rodzice, rodzina Nicholasa... Rodzina tej całej Amandy... — Skrzywiła się mocno. 
Aurora podniosła na nią wzrok.
— Chris ci nie powiedział? — Jej zaskoczona przyjaciółka obserwowała jak skubie skórki przy paznokciach za co od razu dostała po łapach. 
— Nie.
— Pewnie przez Amanadę... Cóż, na początku miało ich nie być, ale jak tylko wróciła do miasta to rodzina została dopisana do listy... 
Aurora wzruszyła ramionami i dolała sobie wina.
— I tak nie miałam zamiaru iść. Nie zostawię Jamesa samego... — powiedziała i stuknęła swoim kieliszkiem o kieliszek przyjaciela. Ten uśmiechnął się do niej szeroko i objął ją jednym ramieniem.
— Dołączę do was. Zapewne idealna pani Blackwood znowu rzuci jakiś niepochlebny komentarz i się zdenerwuję. Dziwię się, że jeszcze pozwalają mi wejść na teren swojej posesji...
Aurora uśmiechnęła się do niej i okryła szczelniej kocem, bo nagle zrobiło jej się wyjątkowo zimno.

*


Każde z nich przygotowało jakieś typowe świąteczne potrawy ze swojego kraju, dzięki czemu mieli mnóstwo jedzenia na najbliższe dni. Ubrali się normalnie, po domowemu i siedli razem do stołu, śmiejąc się i rozmawiając o wszystkim co im się nawinęło.
— Dobra! A teraz bomba, jak poznałem Christophera to chciałem, żeby był gejem. Serio, tak się nakręciłem... Musisz mi powiedzieć jaki jest w łóżku, bo miałem takie fantazje! 
— Wypiłeś za dużo wina, James... — zaśmiała się głośno. Dla nich to wszystko było bardziej symboliczne, dlatego pozwolili sobie na alkohol do kolacji.
— Ledwo poczułem smak tego wina! Nie bądź taka!
— Nie mam porównania, Kochanie... 
— No i co? Możesz chodzić? Normalnie funkcjonować? Myśleć?
— Czy mogę myśleć?
— Tak, po fantastycznym seksie, twój mózg po prostu... Wyparowuje...
— Oookey... — Wybuchnęła śmiechem, widząc jak przyjaciel się gimnastykuje, żeby cokolwiek z niej wyciągnąć. — Nie będę z tobą rozmawiać o moim życiu seksualnym. 
— Z przyjaciółmi się dzieli takimi sprawami! Jakieś fetysze, fantazje? 
— James... Jeszcze niedawno byłam dziewicą. 
— To nic! I tak byłaś perwersyjna w swojej dziewiczości...
— Nie wierzę, że siedzimy przy wigilijnym stole i rozmawiamy o seksie. 
— Opowiedzieć ci o moim? 
— NIE! — krzyknęła ze śmiechem i zebrała talerze ze stołu. Oparła dłonie o blat i przymknęła na chwilę oczy. 
— Pytałaś dlaczego nie zaprosił cię na kolację? — Usłyszała za sobą i poczuła jak oplata jej talię rękami.
— Powiedział, że to przez Amandę. Zaprosił mnie za to na jutro... — Odwróciła się do niego przodem. — Powinnam się martwić?
— Nie siedzę w jego głowie, A. Ale myślę, że ma świra na twoim punkcie. Z tego co zdążyłem wywnioskować podczas związku z Nicholasem, jego kontakty z rodzicami są dziwne. Ojciec w firmie, jako szef, narzuca mu branie różnych spraw. Niejednokrotnie chciał odejść na swoje, ale jego ojciec mówił coś żeby został u niego. Widzisz... Chris jest dobry w tym co robi, razem z nim odeszłoby mnóstwo klientów, jego ojciec straciłby renomę. Nie wiem co takiego robi, żeby go zatrzymać ale jak na razie to skutkuje. Plus, raz po Amandzie przyprowadził dziewczynę do domu to rodzice ją tak zniechęcili, że uciekła z krzykiem i nigdy nie wróciła. Skoro nie chce cię tam zabierać, myślę, że boi się, że ciebie też odstraszą.
— Nie daliby rady... — Uśmiechnęła się do niego.

*

Niepewnie wysiadła z samochodu i spojrzała na drzwi do wielkiego domu państwa Blackwood, w których stał Christopher. Gdy ją zobaczył, momentalnie się rozchmurzył i podszedł do niej. Miał na sobie granatowy garnitur.
— Jest mróz! — krzyknęła oburzona, zakrywając się mocniej wełnianym płaszczem. 
— Nic mi nie będzie... — powiedział, ciągnąc ją w stronę drzwi. Kiedy już byli w środku, pocałował ją namiętnie, ściągając w tym samym czasie jej okrycie.
— Wow... — wydusiła z siebie, gdy się od niej odsunął. — Nie wiem czy serce mi tak wali przez stres czy to... 
— Mogę powtórzyć, żeby sprawdzić. — Uśmiechnął się łobuzersko. 
— Nie tu! — Uderzyła go w ramię i w tym samym momencie w korytarzu pojawiła się jego matka.
— Dzień dobry! — rzuciła, podchodząc do Aurory z wymuszonym uśmiechem. Blondynka uśmiechnęła się promiennie i podała jej dłoń.
— Dzień dobry. 
— Wchodźcie już. Czekamy jeszcze tylko na Nicholasa, nie wiem co mu tyle zajmuje... — powiedziała kobieta, momentalnie wracając do jadalni.
— Nie stresuj się... — szepnął Christopher, gdy ruszyli za nią. — Jestem ja, Laura, Ryan...
Skinęła głową, ale nie poczuła się lepiej. Przy stole siedzieli już niemal wszyscy, włącznie z Amandą i jej rodzicami. Zmierzyli Aurorę nieprzyjaznym spojrzeniem, w przeciwieństwie do państwa Reynolds, Alice, Ryana, Patricka i Laury. Usiadła obok Christophera, który od razu złapał ją za dłoń. 
— Auroro, jak twoja wystawa? — zagadnęła pani Reynolds z uśmiechem.
— Och, wspaniale. Wszystkie zdjęcia się rozeszły.
— Gratuluję, ale zupełnie mnie to nie dziwi. Prace były fantastyczne. — Wtrącił się jej mąż. Dziewczyna się uśmiechnęła, czując, że ich pochwały są szczere. Christopher patrzył na nią z nieukrywaną dumą, nadal ściskając jej dłoń.
— Nie będziemy długo... — Nachylił się w jej stronę. — Możemy wrócić do mnie i zamknąć się w mieszkaniu.
— Muszę wrócić do kota.
— Możemy się zamknąć w twoim mieszkaniu. — Uśmiechnął się szeroko i spojrzał na wejście do jadalni, w którym stał Nicholas i James. Wszyscy popatrzyli na nich.
— James! Dawno cię nie widzieliśmy... — powiedziała pani Reynolds z szerokim uśmiechem. Nicholas stał niepewnie, po czym, ku zaskoczeniu większości, złapał James za rękę. — W końcu... — dodała kobieta. — Jestem twoją matką, Nicholas, myślisz że nie wiedziałam? — zapytała, kiedy na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie. — Czekałam aż łaskawie powiesz to na głos... 
Aurora zaśmiała się cicho, widząc minę Jamesa, który był tak zszokowany, że nie wiedział co powiedzieć czy zrobić. Podobnie jak Nicholas. Zazdrościła mu rodziców. Wiedziała, że zdobycie aprobaty państwa Blackwood graniczy z cudem i prawdopodobnie nigdy, nie będą jej traktować tak ciepło, jak państwo Reynolds Jamesa, do którego uśmiechali się szeroko, gdy zajmował miejsce obok ich syna przy stole. Czuła wzrok Amandy, która non stop obserwowała ją i Chrisa. Tylko kiedy jadła, spuszczała go na ułamki sekund, by potem co chwila mieć ich w zasięgu wzroku. 
Aurora starała się zachowywać nienagannie. Nie piła alkoholu, uprzejmie odpowiadała na pytania i z uśmiechem opowiadała o sobie, chociaż wiedziała, że kilka osób przy stole jest do niej negatywnie nastawione. I mimo wszystko, gdy ona i Christopher wychodzili jako pierwsi, jego rodzice nadal patrzyli na nią z wrogością.
— Wrócę tu jutro po samochód... — powiedział mężczyzna, otwierając przed nią drzwi do jej Audi. Popatrzyła na niego z politowaniem.
— Nie. Mój samochód, ja prowadzę... — odparła spokojnie, obchodząc pojazd i wsiadając na miejsce kierowcy. Christopher niechętnie zajął fotel pasażera. — Nie wierzysz, że dobry ze mnie kierowca? — Uniosła do góry jedną brew i zmieniła buty na płaskie. Odpaliła samochód i sprawnie wyjechała z terenu posiadłości, a gdy znalazła się na drodze głównej, prowadzącej do Nowego Jorku przyspieszyła. Przyglądał jej się uważnie. Była skupiona i bardzo umiejętnie i płynnie prowadziła, wyprzedzając inne samochody gdy musiała. — Mój tata jest świetnym kierowcą... Trochę mnie trenował, chociaż dużo było krzyku — wyjaśniła, czując na sobie jego wzrok.
— Ojciec na ciebie krzyczał jak prowadziłaś?
— Może krzyczał to za dużo powiedziane, ale zdecydowanie zwracał uwagę na wszystko, czym strasznie mnie irytował. Jest dość nerwowy... — Uśmiechnęła się i wyminęła kolejny samochód. — Nie patrz się tak na mnie, to rozprasza...
— Wybacz... Nie mogę się powstrzymać. — Zaśmiał się głośno. — Może pozwolę ci prowadzić mój samochód... 
— Nareszcie... — Uśmiechnęła się i pokręciła głową z politowaniem. — Chłopcy i ich zabawki.

Kiedy otworzyła oczy poczuła kilka rzeczy, które dochodziły do niej stopniowo. Najpierw był ból nóg, którymi nawet nie miała ochoty ruszać. Potem suchość w gardle i lekkie palenie warg. Było jej też wyjątkowo ciepło. Jako ostatnie poczuła palce, zaciskające się na jej piersi. Uśmiechnęła się pod nosem, nie dając znać że się obudziła.
— Wiem, że nie śpisz... — Usłyszała tuż przy uchu. Otworzyła oczy i odwróciła się szybko.
— Lubię takie pobudki...
— Widzę. — Zaśmiał się, czując jak dziewczyna zaczyna go całować, powoli siadając na jego biodrach.
— Masz jeszcze wolne?
— Tak, dzisiaj...
— Idealnie... — Skupiła się na pocałunku i jego dłoniach, które cały czas pieściły jej ciało. Spomiędzy jej warg wydostał się głośny jęk. Złapała go za ręce, nie pozwalając ich odsunąć. Uniósł się do góry, przysuwając wargi do jej wrażliwej skóry i jedną dłoń wplatając w jej włosy. Jej oddech przyspieszył, a palce zacisnęły się na jego ramionach. W momencie gdy drzwi do mieszkania zatrzasnęły się z hukiem, dziewczyna krzyknęła głośno i opadła na łóżko, dysząc głośno. Mężczyzna patrzył na nią zaskoczony tym co właśnie się wydarzyło, po czym okrył ją kołdrą, słysząc że ktoś zbliża się do drzwi. Kiedy James je otworzył, dziewczyna stosunkowo doszła do siebie jednak ukryła twarz pod materiałem.
— Rany, wiesz że widziałem cię nago prawdopodobnie więcej razy niż on? — powiedział chłopak, opierając się o framugę.
— Wątpię... — Usłyszał spod kołdry jej zduszony głos.
— O wy niegrzeczni!
— Czego chcesz? — warknęła dziewczyna, wysuwając nieznacznie głowę.
— Nie mogę przyjść i sprawdzić czy żyjecie? — Uniosła do góry brew. — Z dobroci serca...
— Jasne...
— Okey... Chciałem tylko zakomunikować, że wyjeżdżamy i nie będzie nas na Sylwestra.
— A co z naszym piżamowym przyjęciem?! — krzyknęła oburzona.
— Innym razem, Skarbie! — odparł i zamknął za sobą drzwi. Popatrzyła zszokowana na Christophera, który leżał i przyglądał jej się z rozbawieniem.
— Jestem... zdruzgotana! Mieliśmy sobie zrobić babskie przyjęcie! W piżamach, z niezdrowym żarciem i maseczkami! — jęknęła i skrzyżowała dłonie na piersi. — Zdradziecka, Szuja...
— Mam lepszy pomysł... — szepnął mężczyzna, nachylając się nad nią i całując ją namiętnie i wykorzystując jej moment nieuwagi, zaczął ją łaskotać. Wybuchnęła głośnym śmiechem, starając się mu wyrwać. Nieskutecznie. Zatrzymał się na chwilę i popatrzył jej prosto w oczy, gdy starała się uspokoić oddech.
— Potwór! — Uderzyła go w ramię. Odsunął włosy z jej twarzy, głaszcząc czule jej skroń i całując delikatnie.
— Czy ty przed chwilą doszłaś?
— Nie było widać? Powinnam to robić głośniej? — Zaśmiała się, jednak ukryła twarz pod kołdrą. Czuła się tym wszystkim lekko zażenowana i nie mogła uwierzyć, że odbywają taką rozmowę. To wszystko było dla niej zbyt świeże i najwyraźniej, nie czuła się w tym temacie aż tak swobodnie jak jej się dotychczas wydawało.
— Dobrze wiedzieć, że jesteś tak wrażliwa... — Objął ją mocno.
— Jakieś plany na dzisiaj? 
— Może...

*

Spuściła się na ziemię i odpięła uprząż. Ściągnęła ręce do tyłu, czując jak kości wskakują jej na miejsce. Spędziła na ściance kilka ładnych godzin. Teraz była zmęczona, spocona i miała wrażenie, że jej mięśnie płoną. Zebrała swoje rzeczy i ruszyła w stronę szatni.
— I jak? — zagadnął Ryan, doganiając ją tuż przed drzwiami.
— Dobrze, ale chyba nadwyrężyłam nadgarstek... — Zaczęła nim kręcić, jakby wierzyła, że to pomoże.
— Wymocz w ciepłej wodzie, natrzyj maścią, zawiń na noc. Powinno pomóc... — Uśmiechnął się do niej i objął ramieniem. — Czy Christopher mówił coś na mój temat?
— Słucham? Dlaczego...?
— No wiesz... On i Alice są blisko i z całej rodziny zależy mi na jego aprobacie.
— Podejrzane... Nie musisz się obawiać, dopóki nie wciągniesz jej we wspinaczki... Co sprawia, że powiedzenie mu, że niedługo zniknę na co najmniej dwa miesiące, żeby się wspinać, staje się jeszcze trudniejsze. 
— Wybacz, nie pomogę. Musisz się z tym zmierzyć... W końcu. Nie będzie łatwiej.
— Będą wściekli... — szepnęła.
— Oczywiście. Moi rodzice przestali się odzywać do mnie na kilka tygodni. Ale mus to mus... Ta decyzja niesie ze sobą konsekwencje, z którymi niestety musimy sobie radzić, A... Naprawdę... Nie zwlekaj, bo będzie coraz gorzej...

30 paź 2016

#16 'come back

— Powiedz, że to jakiś żart... — jęknęła, zakładając swoje ubrania.
— Aurora, nie mam pojęcia co ona tutaj robi... Nie wychodź, zaraz się jej pozbędę.
— Nie uważasz, że musicie sobie wyjaśnić kilka spraw? Zresztą... Nie mów, że nie chcesz do niej wrócić... — powiedziała, zabierając torebkę. 
— Nie chcę. Przestań... Porozmawiam z nią i...
— Nie. Ja wyjdę. Czuję, że nadmiar wszystkiego zaczyna mnie przerastać... Mówiłeś, że odeszła, a nie że zrobiliście sobie przerwę... Mówiła, że tu mieszka... To jak jest, Chris, hmm? 
— Jest tak jak mówiłem! Cholera jasna, nie wychodź, proszę... Po tym wszystkim... Poczekaj.
Patrzyła na niego dłuższą chwilę. Widziała zagubienie w jego oczach. To było coś nowego. Nigdy nie widziała go w takim stanie.
— Nie proś. Idę do domu. Wyjaśnijcie sobie... Co macie do wyjaśnienia... — warknęła i ruszyła w stronę drzwi. Opuścił ręce. Wiedział, że musiałby ją przywiązać do łóżka, żeby została.
— Już nas opuszczasz? — krzyknęła z fałszywym smutkiem Amanda, wstając z kanapy w salonie. Aurora odwróciła się w jej kierunku. Chciała jej odpowiedzieć, ale zagryzła wargę i powstrzymała się, nie chcąc się zniżać do jej poziomu. Ruszyła do drzwi i zatrzasnęła je za sobą, chcąc jak najszybciej znaleźć się z daleka od tego mieszkania.

Co mogła zrobić żeby się wyciszyć i wyłączyć? Kiedy weszła do domu, poczuła jak po jej policzkach zaczynają spływać łzy, jednak pospiesznie je otarła i poszła do łazienki. Szybki prysznic, szybkie szykowanie i czterdzieści minut później wyszła z aparatem i wyłączoną komórką. Nadal liczyła, że Christopher przyjedzie, albo chociaż zadzwoni, ale nic takiego się nie wydarzyło, więc chciała zagłuszyć to co działo się w jej głowie. Wsiadła w samochód i pojechała na Jones Beach, żeby zrobić sobie długi spacer po plaży. Zima jeszcze na dobre nie zagościła w tych okolicach i poza chłodem jaki ją otaczał, nic nie wskazywało na początek grudnia. Włóczyła się tam przez kilka godzin, robiąc zdjęcia, albo siedząc na ławkach i obserwując ocean. Nie pozwalała by jakiekolwiek negatywne myśli zakradały się do jej głowy. Chciała po prostu podziwiać piękny krajobraz. Zdecydowała się na powrót, gdy słońce zaczęło zachodzić, a chłód był coraz większy. Drżała, gdy wsiadała do samochodu i odczekała chwilę, aż jej ciało się uspokoi. Roztarła dłonie i intensywnie na nie nachuchała ciepłym oddechem, po czym odpaliła i ruszyła w drogę powrotną. Kiedy dojechała do swojego domu, było już ciemno. Otworzyła drzwi, odłożyła torbę na półkę i zaczęła ściągać kurtkę i buty.
— Jesteś nareszcie! — krzyknął James, pojawiając się przed nią z kubkiem herbaty. Uśmiechnęła się z wdzięcznością i wzięła go do ręki. Upiła łyk, wyczuwając w napoju dodatek alkoholu. — Gdzie byłaś? Dzwoniłem.
— Wybacz. Musiałam się oderwać. Byłam na Jones Beach — mruknęła.
— W taką pogodę?! Jest zimno! Dobrze, że zrobiłem ci herbatę, pewnie tam przemarzłaś.
— Nie tak bardzo... — Wzięła torbę i ruszyła do salonu. 
— Powiesz mi co się wydarzyło?
— Jak ty mi powiesz jak minął twój dzień. Gdzie Laura?
— Tam gdzie zwykle. Mam wrażenie, że niedługo przestanie tu mieszkać. Spędza w Patricka tyle czasu, że nie wiem po co nadal opłaca to mieszkanie... — zaśmiał się cicho i siadł na sofie, klepiąc miejsce obok siebie. Siadła i oparła się o niego. 
— Cóż... Jej pieniądze... — powiedziała i przymknęła oczy.
— Więc... Co się stało?
— Skąd wiesz, że coś się stało?
— Widzę... 
— Cóż... Podjęłam wczoraj ważną decyzję... 
— Oooo! — krzyknął chłopak. — Naprawdę w końcu to się wydarzyło? Moja piękna przyjaciółka zaliczyła ostatnią bazę?
— Ty tak na serio? Zresztą... — Zrelaksowała się i wtuliła w niego. — Aż tak widać?
— Troszeczkę. Pomimo wychłodzenia. — Uśmiechnął się łobuzersko. — Ale nie przez to siedziałaś pół dnia na plaży...
— Amanda się pojawiła. Stwierdziła, że zrobili sobie przerwę... Tego wszystkiego było za dużo... Więc wyszłam... — Wzruszyła ramionami, czując jak do jej oczu napływają łzy.
— Ależ ma wyczucie czasu. Słyszałem, że jego rodzice ją uwielbiali, ale straszna z niej suka. 
— Zdążyłam już to odczuć. 
— To wyjaśnia dlaczego Christopher tak dzwonił i tu przyjechał.
— Był tu? — Ożywiła się i popatrzyła na przyjaciela.
— Mhmm... Myślę, że powinnaś do niego zadzwonić. Wydawał się naprawdę przejęty...
— Okey... — powiedziała cicho i zamknęła oczy. — Jak twój dzień?
— Niewiele się zmieniło, Księżniczko. Praca, praca, praca.
— Nadal nie rozmawiałeś z Nicholasem?
Kiwnął przecząco głową.
— Jesteś uparty. Schowaj dumę do kieszeni i z nim porozmawiaj. Widzę jak cierpisz... — Westchnęła. — Czemu nie może być... prościej?
— Nie mam pojęcia, A... — odparł, obejmując ją obiema rękami. Siedzieli tak na tyle długo, że James usunął, luzując nieco uścisk. Ponieważ Aurora nie była w stanie zanieść go do sypialni, ułożyła go na sofie i przykryła kocem, który przyniosła ze swojego pokoju.


Zabrała torebkę i po cichu wyszła z mieszkania. Przez dodany do herbaty alkohol, wolała nie ryzykować jazdy samochodem i mandatu. Wolnym krokiem ruszyła w stronę stacji metra. Wsunęła dłonie do kieszeni i ukryła twarz w szaliku. Było zimno i późno, jednak ulice pełne były ludzi, którzy nadal korzystali z ostatnich godzin weekendu. Spojrzała na wyświetlacz telefonu i zorientowała się, że ma tyle nieodebranych połączeń i wiadomości, że powinna się wstydzić. Wsiadła do jednego z wagonów metra, który był zupełnie pusty i zapatrzyła się na jego przeciwległą ścianę. Nie jechała daleko i normalnie pewnie by szła na nogach, ale było ciemno i zimno. Wysiadła i jak najszybciej chciała znaleźć się w budynku. Przed otwarciem drzwi, zdążyła jeszcze napisać smsa do Jamesa, żeby się nie denerwował. Ściągnęła buty, kurtkę i zostawiła torebkę w salonie. Kiedy stanęła w drzwiach sypialni, zatrzymała się na chwilę i przyjrzała mężczyźnie, który spał głęboko, okryty kołdrą tylko do wysokości bioder. Tuż koło jego głowy leżał telefon komórkowy, który zabrała i odłożyła na półkę. Zdjęła z siebie zbędne ubrania i wsunęła się na miejsce obok niego. Obudził się, jednak nie do końca zdawał sobie sprawę co się dzieje. Złapała jego rękę i objęła się nią. 
— Martwiłem się... — szepnął, wtulając twarz w jej włosy. — Jesteś zimna.
— Bo na dworze jest zimno. 
— Samochód?
— Rum... — powiedziała, jakby to tłumaczyło wszystko. Zamknął ją w silnym uścisku, głaszcząc ją lekko po włosach. 
— Jesteś zła?
— Nie. Skołowana jak już... Jutro... — mruknęła rozluźniając się. Poczuła jak odgarnia włosy z jej karku i całuje jej skórę. Momentalnie wszelkie myśli opuściły jej głowę, a ona zaczęła usypiać, chociaż wydawało jej się, że nie jest zmęczona.

Kiedy rano się obudziła, Christopher był już w pracy, ale zostawił jej śniadanie i karteczkę z prośbą, by poczekała aż wróci. Uśmiechnęła się pod nosem i głośnym burczeniem w brzuchu zabrała się za jedzenie, czytając przy tym New York Timesa. Po zrobieniu zakupów i przygotowaniu wszystkiego, co było jej potrzebne do wykonania obiadu, w końcu odebrała setny telefon od Ryana.
— Nareszcie. Posłuchaj w pierwszym tygodniu stycznia spotykamy się całą ekipą. Prawdopodobnie to będzie czwarty. Musimy się poznać... — powiedział, nie dając jej dojść do słowa.
— To znaczy, że moje testy wypadają dobrze? — spytała z ulgą. 
— Nawet bardzo. Posłuchaj, oprócz nas będzie wchodzić Mary, jest doświadczona i będzie twoim damskim wsparciem. Dodatkowo czterech facetów, każdy ma naprawdę wiele szczytów na koncie, także nie masz co się stresować. Szerpa też ci załatwimy, żebyś nie musiała nosić całego ekwipunku. Jak ze sprzętem?
— Większość mam... — powiedziała, wstawiając wodę w czajniku i upijając łyk soku pomarańczowego, który Christopher przygotował rano.
— Świetnie. Będziesz na świętach u Blackwoodów czy jedziesz do Polski?
Zmarszczyła brwi.
— Mmm... Chris nic nie mówił... Nie jadę do Polski. Między świętami a Sylwestrem muszę być w Nowym Jorku, więc musiałabym jechać na maksymalnie trzy dni. W marcu będę w Barcelonie, wtedy sobie odbiję... Czekaj, czekaj... A ty co będziesz tam robił?
— Alice mnie zaprosiła.
— Och, Alice cię zaprosiła... — zadrwiła, przekładając telefon do drugiej ręki. — A to ciekawe...
— Do zobaczenia, A! — rzucił i rozłączył się, zanim zdążyła jeszcze coś powiedzieć. Pokręciła głową z politowaniem, jednak jej usta wykrzywiły się w uśmiechu.


Trzy godziny później usłyszała jak drzwi do mieszkania się otwierają. Wyłączyła telewizor i wstała z sofy. Podeszła do Christophera i bez słowa go pocałowała, zarzucając mu ręce na szyję.
— Cześć... — zamruczała. 
— Cześć... Dobrze, że jesteś... — odparł, obejmując ją w talii. Uśmiechnęła się do niego szeroko.
— Nie wiedziałam, że Ryan i Alice to taka poważna sprawa... 
— Tak... Alice zachowuje się jak zakochana nastolatka i ciągle o tym mówi.
— To dobrze... Ryan to dobry facet.
— Dobry. Dopóki nie wciągnie jej w te swoje wspinaczki to nie ma problemu... — powiedział, puszczając ją i idąc w stronę łazienki. Przygryzła wargę, coraz bardziej się martwiąc tym, że będzie musiała mu w końcu powiedzieć o swoich planach. Obserwowała jak rozwiązuje granatowy krawat i rzuca go na oparcie fotela. Chwilę później doszła do niego granatowa marynarka. 
— Zrobiłam obiad.
— Idealnie, umieram z głodu. Wezmę prysznic i wracam... — rzucił, znikając za drzwiami. Weszła do kuchni i przygotowała jedzenie, po czym siadła przy stole i czekała aż mężczyzna do niej dołączy.
— Ta sprawa z Amandą... — Usłyszała, gdy ubrany tylko w dresowe spodnie wyszedł z pomieszczenia. — Naprawdę nie wiedziałem, że wróciła. Nie chciałem się z nią spotykać, bo ona już się nie liczy... Nie ma dla mnie znaczenia. Powiedziałem jej, że ma nam dać spokój. 
— Nam? — Uśmiechnęła się do niego. — Bardzo była zła? 
— Oczywiście. — Uśmiechnął się i nachylił, żeby ją pocałować. — Nie musisz się nią przejmować. To co powiedziała... Chciała cię zdenerwować i sprawić, żebyś zwątpiła w to co mówię... 
— Ufam ci... — powiedziała, łapiąc go za rękę. — Mogłam zareagować trochę zbyt ostro... Po prostu... Nie spodziewałam się...
— Miałaś prawo... — Wyciągnął w jej stronę dłoń. Podniosła się i podeszła do niego. Momentalnie posadził ją sobie na kolanach. Zaśmiała się cicho. — Gdzie teraz jedziesz? 
— W styczniu jedziemy z Ryanem do Kaliforni. Potem... Większy wyjazd mam w marcu... Jadę do Europy. A pomiędzy... Kto wie. Znajdziesz kilka dni wolnego? — zapytała, całując go namiętnie. — Jesteś taki zajęty. Myślisz, że nie widzę jak męczy cię ta sprawa, hmm?? — Przeczesała dłonią jego włosy i popatrzyła mu prosto w oczy.
— Kilka dni powinno się znaleźć. 
Uśmiechnęła się promiennie, zmieniając pozycję i siedząc teraz przodem. Chciała, żeby się zrelaksował. Praca go wykańczała. Myślał, że nie zauważała, że pracuje po nocach gdy ona śpi i że wstaje o świcie, żeby poświęcić więcej czasu na prowadzoną sprawę. Kiedy wracał z biura był nieobecny i poddenerwowany, chociaż próbował to ukryć. Ale ona widziała. Widziała zmęczone spojrzenie i nowe zmarszczki, które pojawiły się wokół jego oczu. Pogłaskał ją po policzku i uśmiechnął się, znowu starając się zamaskować swoje emocje. Pocałowała go ponownie, desperacko próbując odciągnąć jego myśli od pracy. Zdjęła z siebie koszulkę i przywarła do niego całym ciałem, pozwalając się dotykać tak jak tego chciał.
— Jedzenie... — mruknął, ale tylko pokręciła lekko głową i złączyła ich wargi w pełnym pasji pocałunku.

23 paź 2016

#15 'learning

Leżała po czubek głowy zakryta przez kołdrę. Mimo iż na dworze było ponad dwadzieścia stopni, ona zakopała się pod pościelą i nie miała w planach wychodzić. James odebrał ją z lotniska, ale niewiele mówili. Zresztą Aurora chwilę po wejściu do samochodu, usnęła. Teraz, leżała w kompletnych ciemnościach, chcąc tam pozostać przez cały dzień. Niestety... Poczuła jak ktoś wskakuje na jej łóżko.
— Wstawaj, Śpiochu! Jedziemy dzisiaj na aukcje charytatywną! — krzyknął James, wchodząc pod jej kołdrę. Po chwili poczuła, że także Laura do nich dołącza. 
— Nie mogę tu zostać? 
— Nie! Zrobimy cię na bóstwo! — rzuciła uradowana Laura. 
— Nie da rady. Moja skóra po wspinaczce jest nieco... Niewyjściowa — jęknęła Aurora. Poczuła jak zrywają z niej bezpieczną warstwę ochronną i wciągają do łazienki.
— James zaprosił znajomego fryzjera. Musimy ci ogarnąć te białe kłaki...
Maszyna przygotowywania znowu ruszyła, a Aurora nie do końca wiedziała co się dzieje. Poszła pod prysznic, po czym posadzono ją na krzesełku, postawiono przed nią kawę i robiono wszystko, żeby wyglądała względnie dobrze. Po wspinaczce straciła kilka kilogramów, a jej skóra wyschła i popękała w kilku miejscach, chociaż myślała, że będzie znacznie gorzej. Teraz kilka osób pracowało by to zatuszować. Jej włosy znowu stały się białe z szarawym połyskiem. Zaczesano je do tyłu, chociaż kilka niesfornych kosmyków opadało na jej twarz. Oczy podkreślono czarnymi cieniami, usta pociągnięto lekko różowym błyszczykiem. Laura wepchnęła jej do ręki czarną sukienkę. Bardzo prostą i elegancką. Z przodu i z tyłu były dekolty w kształcie litery V, a dół kończył się przed kolanem i był szeroki oraz dość sztywny. Do tego kazali jej ubrać czarne obcasy i była gotowa do wyjścia, czekając na pozostałych i ziewając raz za razem. Nie miała ochoty iść, ale jej zdjęcia też były wystawione, więc wypadało, żeby się pojawiła.


Marzyła by jak najszybciej się zwinąć z imprezy. Po drodze usłyszała, że James nadal nie porozmawiał z Nicholasem i obaj unikali się jak ognia. Aurora stwierdziła, że powinni wyjaśnić kilka kwestii bo za bardzo się do siebie zbliżyli, żeby teraz to zaprzepaścić tak szybko. Reynolds jednak rzucił się w wir pracy i złapanie go poza nią, graniczyło z cudem. Wysiadła z samochodu i skierowała swoje kroki w stronę ogrodu. Po drodze dołączył do nich Ryan.
— Czemu twoi rodzice nie przyjechali na wernisaż? — zagadnął James, gdy dziewczyna chwyciła w dłoń kieliszek wina. 
— Praca. Obiecali, że zajrzą do Nowego Jorku w przyszłym miesiącu... — powiedziała upijając łyk.
— To miłe.
Wkroczyli do ogrodu i stanęli jak wryci. Było tyle ludzi, że przemieszczanie się było mocno utrudnione. Aurora chciała zostać w miejscu, w którym aktualnie się znajdowała. Planowała usiąść sobie spokojnie na schodkach i przeczekać. Szczerze nienawidziła takich imprez. Już wiedziała, że jeśli kiedykolwiek dane jej będzie brać ślub (wątpliwe, bo nie wierzyła w takie rzeczy jak ślub, papierek, nie wspominając o jej stosunku do religii) to zmusi swojego potencjalnego narzeczonego do dwuosobowego ślubu bez szopek, ludzi, stresu i niepotrzebnej otoczki. Imprezy jak te, tylko upewniały ją w tej decyzji. Rozejrzała się po ludziach. Zauważyła Patricka, Christophera, ich rodziców i nieznajomą, rudowłosą dziewczynę. Nie miała zamiaru płaszczyć się przed nikim, wiec wyprostowała się i ruszyła za przyjaciółmi. W towarzystwie dwóch facetów czuła się wyjątkowo dobrze. Oczywiście Laura ich opuściła by towarzyszyć Patrickowi. Próbowali się zmieszać z tłumem i przetrwać obowiązkowy czas jaki musieli tu spędzić. W końcu zajęli miejsce na tarasie, gdzie było względnie pusto. Dziewczyna oparła się o kamienną balustradę i obserwowała ludzi poniżej. Nagle zauważyła, że James bardzo intensywnie wpatruje się w jeden punkt. Zmarszczyła brwi, jednak nie zdążyła się odwrócić w tamtą stronę, ponieważ ktoś przekręcił ją tyłem do balustrady i pocałował namiętnie, obejmując w pasie. Czuła jak kamień niewygodnie wbija jej się w dół pleców, ale nie protestowała. Wsunęła dłonie we włosy swojego napastnika, rozpoznając go w momencie gdy ich wargi się zetknęły. Uśmiechnęła się, gdy tylko się od niej odsunął.
— Za co to? — zapytała, patrząc w jego piwne oczy.
— Po pierwsze, zauważyłem że wolisz czyny niż słowa. Po drugie, nie widziałem cię prawie miesiąc. A po trzecie... schudłaś? — warknął, łapiąc ją za szczupłą rękę.
— To podobno normalne. Niedużo... — odparła na co jego wzrok złagodniał. Pogłaskał ją po policzku. 
— Mam rozumieć, że to jakieś decyzje?
— Bardzo poważne... — powiedział i znowu ją pocałował. Objęła go za szyję, kątem oka obserwując jego zszokowanych rodziców. — Musisz poznać moją siostrę.
— Chętnie — mruknęła, obejmując go mocno i ciągnąc za sobą Ryana. Alice okazała się pełną życia, uśmiechniętą i tylko rok starszą od Aurory osobą, która momentalnie wciągnęła ich do rozmowy, chwaląc wystawę, na którą zabrał ją brat. Blondynka od razu zrozumiała, że najmłodsza z rodzeństwa Blackwood jest zapatrzona w niego jak w obrazek i traktuje go jak bohatera. Co chwilę poprawiała swoje rude włosy i spoglądała w stronę Ryana, z którym złapała od razu wspólny język.

Nad stan Nowy Jork nadciągały burzowe chmury, więc impreza przeniosła się do środka budynku. Aurora nie miała zamiaru dalej tam siedzieć. Razem z Christopherem postanowili wrócić do miasta. Podczas podróży opowiadała mu o wspinaczce, Alasce, Denali i jak bardzo jej się tam podobało. Buzia jej się nie zamykała, a oczy błyszczały. Lubił ją taką oglądać, co nie zmieniało faktu, że martwił się gdy wyjeżdżała. Współczesny świat pełen był zagrożeń.
Kiedy dojechali do jej apartamentowca, popatrzyła na niego błagalnym wzrokiem.
— Wejść z tobą? — Uśmiechnął się i zgasił silnik. Skinęła głową.
— Jakoś po miesiącu spędzonym w namiotach, nie lubię siedzieć sama. — Wysiadła i wyciągnęła w jego kierunku dłoń. Tak, właśnie zaprosiła go na górę późnym wieczorem. Nie, nie planowała stracić dziewictwa, ale, tak, chciała z nim spędzić noc. Podróż windą minęła im dość spokojnie, co dziewczyna zwalała na jej zmęczenie. Oparła się o niego, czując jak ją obejmuje i głaszcze po ramieniu.
— Chyba nie wiedziałam, jaka jestem zmęczona... — powiedziała cicho, otwierając drzwi i ziewając głośno. — Wybacz.
— To nic... — Uśmiechnął się czule. — Zjesz? 
— TAK! Umieram z głodu. Coś powinno być w lodówce, pójdę zdjąć tą cholerną sukienkę i zmyć makijaż, bo czuję się jakbym miała metrową szpachlę. Wracam za... chwilę.
Zabrał się za robienie czegoś lekkiego do jedzenia, bo sam czuł się głodny. Jedzenie jakie podali na tym cholernym przyjęciu, było zupełnie nie w jego guście. Postawił na wyspie talerz z kanapkami i kubki z herbatą, gdy dziewczyna wróciła, bez makijażu, z włosami związanymi niedbale na czubku głowy i jedynie w za dużym t-shircie. Rzuciła się na kanapki jak wygłodniały lew na gazelę. 
— Dlaczego ja nic tam nie zjadłam to ja nie wiem... — jęknęła, czując jak jej żołądek się zapełnia. Kiedy skończyła, popatrzyła na swojego towarzysza. — Chciałabym być jakaś bardziej rozmowna... — Ziewnęła. — Ale chyba nie dam rady.
— To nic. — Zaśmiał się cicho i wyciągnął do niej ręce. Podeszła powoli i pozwoliła się objąć. Trzymał ją dłuższą chwilę w ramionach, czując jak jej ciało powoli wiotczeje. Wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni, układając na łóżku i okrywając ciepłą kołdrą. 
— Nie idź... — jęknęła, kiedy ruszył w stronę drzwi. 
— Posprzątam.
— Jak nie wrócisz... Wiem, gdzie mieszkasz...
Uśmiechnął się pod nosem i przymknął drzwi.

Leżał i wpatrywał się w jej spokojną twarz. Spała tak mocno, że był pewny, że cokolwiek by się teraz stało, ona by nie zwróciła na to uwagi. Tak naprawdę pierwszy raz pozwoliła mu spędzić noc w swoim łóżku. Podziwiał ją za to wszystko co robiła. Szanowała siebie, swoje uczucia i ciało. Powoli wpuszczała go do swojego świata. Musiał przyznać przed samym sobą, że na początku nie spodziewał się wiele. Fakt, zaskoczyła go, bo chyba sama nie zdawała sobie sprawy z wielu swoich zalet i rzeczy, które potrafi robić, jednak nie planował nic poważnego. Był nią zafascynowany. Nicholas i James roztaczali przed nim obraz naprawę niesamowitej dziewczyny, ale nie spodziewał się tego co się wydarzyło. Myślał, że po kilku spotkaniach to wszystko się rozpłynie. Różnica wieku, sprawi że zabraknie im tematów, ona nie znajdzie czasu na spotkania i entuzjazm ich przyjaciół nie wystarczy. Nie spodziewał się, że jej obecność będzie dla niego tak oczyszczająca i że tak szybko, fascynacja przerodzi się w coś więcej. Może właśnie brak oczekiwać sprawił, że nie chciał pozwolić jej odejść. Odsunął niesforny kosmyk włosów, który opadł na jej twarz. Mruknęła coś pod nosem i zmieniła pozycję, obejmując go jedną ręką. Już dawno zrozumiał, że ta jej nieśmiałość i nieumiejętność rozmowy z facetami, są tylko w jej głowie. Po prostu za dużo analizowała i się hamowała. Na początku zastanawiało go jak to się dzieje, że przy nim taka nie jest, ale z czasem zrozumiał, że ona po prostu daje się ponieść. Ona też nie miała oczekiwań i nie planowała tego wszystko. Nie mógł jeszcze powiedzieć, że ją kocha, ale czuł, że są na dobrej drodze. Po zawodzie z Amandą, chciał w końcu kogoś znowu pokochać.
— Nie gap się... — mruknęła, nie otwierając oczu i jeszcze mocniej przytulając się do jego ciała. Poczuła wibracje pod policzkiem, wywołane jego śmiechem.
— Wybacz, nie mogłem się powstrzymać...
— To lepiej się powstrzymaj... — Ukryła twarz we włosach i jego skórze. Odgarnął jej grzywę i pogłaskał ją po policzku. Jęknęła. — Światło...
Pierwszy raz widział ją tak wcześnie rano, zupełnie bez makijażu, z rozkopanymi włosami, które zdecydowanie potrzebowały pielęgnacji i rozmazanym, nie do końca zmytym poprzedniego wieczoru tuszem do rzęs. Nie podnosiła głowy do góry. Pocałował ją w czoło.
— I tak jesteś piękna...

*

Przez kilka następnych tygodni Aurora nauczyła się kilku nowych rzeczy.
Po pierwsze, można bardzo dużo zarobić za zdjęcia, gdy otworzy się wystawę, która wyjątkowo dobrze została przyjęta przez krytyków. Niemal wszystkie fotografie zostały sprzedane za ogromne sumy, co ją ogromnie zdziwiło ale też ucieszyło. 
Po drugie, współpraca z agencją była całkiem owocna, gdyż nie musiała aż tyle jeździć, tylko rozsyłała wolne zdjęcia, które już miała, tam gdzie były potrzebne. Mimo wszystko kochała podróżować i starała się to robić regularnie, aczkolwiek nie bez przerwy.
Po trzecie, coraz bardziej angażowała się w związek z Christopherem. Spędzała u niego mnóstwo czasu, miała nawet swoją półkę pełną rzeczy i kosmetyków. Oboje lubili siedzieć razem, nawet kiedy pracowali. Zresztą Aurora często przychodziła do jego biura w trakcie lunchu, tylko po to, żeby oderwać go trochę od pracy. Widziała, że prowadzona sprawa nie daje mu spokoju i spędza nad nią mnóstwo czasu. Zresztą w telewizji zaczęło być głośno na temat zbliżającej się rozprawy jakiegoś biznesmena i domyśliła się, że jego praca ma z tym wiele wspólnego. Nie naciskała. Na razie. Co nie zmieniało faktu, że dowiedziała się też wiele na temat swojego obecnego partnera. Lubił mieć porządek wokół siebie. Wolał planować wszystko, jednak nie krzywił się na jej spontaniczne decyzje. Świetnie gotował (ale o tym dowiedziała się wcześniej). Bardzo lubił zwierzęta, więc przyjmował ją i kota z otwartymi ramionami (co kończyło się często tym, że jej pupil spał w jego ramionach).
Po czwarte, byli jak ogień i benzyna. Okazało się, że jeśli dochodzi między nimi do spięcia (a działo się to od czasu do czasu), to zamiast ugasić pożaru, drugie dolewało zapalnika. Czasami się zajadle kłócili, jednak po wykrzyczeniu i wyciszeniu, zawsze potrafili dojść do porozumienia, co w odczuciu Aurory było idealnym rozwiązaniem. Nie lubiła facetów, którzy na wszystko się zgadzają i żyją pod pantoflem, podobnie jak nie lubiła dusić w sobie złości. Nikt nie dusił w sobie emocji, tylko je z siebie wyrzucał. Nigdy nie przekroczyli granicy. Potrafili ugryźć się w język zanim padło za dużo słów. 
Po piąte, mimo wszystko wiedziała, że Christopher się cieszy, gdy wracając z pracy zastaje ją w domu. Najwyraźniej przyzwyczaił się do jej obecności i tego że w milczeniu pracuje w jego salonie, chociaż czasami wracał tak późno, że zastawał ją śpiącą na kanapie (rzadziej w łóżku). Ona też lubiła jego mieszkanie, do którego przyjeżdżała razem ze swoim kotem, gdy samotność stawała się nie do zniesienia.
Po szóste, ich rodzicom nie podobał się ten związek. Kiedy państwo Sterling poznali Christophera byli urzeczeni jego manierami i poukładanym życiem (przemilczała koncerty i jego wybuchową naturę), ale różnica wieku była dla nich trudna do przełknięcia. Państwo Blackwood... To chyba dość oczywiste, ledwo tolerowali styl życia Aurory i fakt, że ich syn (jedyny posłuszny w rodzinie) najwyraźniej darzy ją głębokim uczuciem.
I po siódme... Uwielbiała wracać do miasta, bo wiedziała, że ktoś cieszy się, że ją widzi i zawsze czeka na lotnisku. I lubiła za nim tęsknić, bo to sprawiało, że jeszcze bardziej doceniała jego obecność w swoim życiu.


*


Krzątała się po mieszkaniu, do którego przyszła tuż po spotkaniu z Ryanem. Wzięła prysznic i rozejrzała się dookoła. Myślała, że będzie musiała coś ogarnąć, ale Christopher pozostawił dom w nienagannym porządku. Jak zawsze. Powinna się tego spodziewać, jednak zdenerwowanie spowodowało, że liczyła, że znajdzie jakieś zajęcie w czasie oczekiwania na mężczyznę. Nie musiała gotować, bo ona jadła posiłek z przyjacielem, a on miał służbową kolację. Siedziała przy wyspie, stukając palcami o blat i nogą o krzesełko. Specjalnie założyła dzisiaj sukienkę i spięła włosy w koka, z którego wypadały pasma, okalające twarz. Nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek była tak zdenerwowana jak teraz. Co chwilę zerkała na zegarek, nie wiedząc czy się niecierpliwi, czy woli żeby czas zwolnił. Kiedy usłyszała szczęk zamka w drzwiach, zamarła. Mężczyzna wszedł o salonu i spojrzał w stronę kuchni, a na jego twarzy pojawiła się ulga.
— Dobrze, że jesteś... — jęknął, pokonując dzielący ich dystans w kilku krokach i całując ją namiętnie. — Miałem paskudny dzień. Pięknie wyglądasz...
Wzruszyła ramionami z uśmiechem i wbiła nagie stopy w miękki dywan, żeby go znowu pocałować. Były takie chwile, gdy uświadamiała sobie ile jest od niej wyższy. Na przykład teraz. Zdała sobie sprawę, że musi stanąć na palcach, żeby swobodnie złączyć ich wargi.
— Miałam dzisiaj nastrój na ładny wygląd. — wymruczała. Jej dłonie szybko odnalazły drogę do pierwszego guzika jego koszuli. Odsunął się od niej na chwilę, szukając w jej oczach odpowiedzi na niezadane pytanie. Otrzymał ją niemal od razu. Miała płomienny wzrok, który mówił wszystko. Objął ją w pasie i uniósł do góry. Zaśmiała się cicho, zarzucając mu ręce na szyję. Nie miał zamiaru marnować czasu na rozmowy, pytania i dyskusje. Pragnęła go i była zdecydowana by postawić bardzo ważny krok. Ważny nie tylko dla ich związku, ale także dla niej samej. A on czuł się zaszczycony, że z nim chciała go postawić.
Czy się bała? Oczywiście, że tak. Bała się, że nad ranem coś się zmieni, bała się, że nie będzie wystarczająco dobra, że nie wygląda korzystnie. Pozwoliła mu zdjąć z siebie sukienkę i niemal od razu złączyła ich usta w kolejnym pocałunku, chcąc ukryć strach. Powinna wiedzieć, że od razu poczuje, że coś jest nie tak. Odsunął ją od siebie.
— Nie... To znaczy tak! — powiedziała zdecydowanym głosem, widząc jego minę. — Jestem pewna i nie, nie zadawaj żadnych pytań... Po prostu... Stresuję się...
— Nie masz czym... — Uśmiechnął się do niej i powoli położył na łóżku. Nie miała czym? Dobre sobie! Nie była pewna czy wygląda dobrze, czy czarna bielizna, którą miała na sobie jest odpowiednia, czy piersi nie są za małe, czy jest wystarczająco seksowna... Nie mogła się pozbyć tych wszystkich obaw, mimo iż Christopher na każdym kroku zapewniał ją, że jest piękna i seksowna. Raczej nie czuła się  przy nim niepewnie... Aż do teraz. — Mówię poważnie... — dodał, całując linię jej szczęki, szyję i dekolt. Przymknęła oczy i przyciągnęła go do siebie. Czekała aż te wszystkie natrętne myśli znikną, a ona podda się pożądaniu. Jego ruchy były powolne, pełne delikatności i czułości. Oplatała dłońmi jego szyję, jakby obawiała się upadku. Uważnie obserwował jej twarz i zamierał za każdym razem, gdy ona robiła to samo i zaciskała powieki mocno. Nie chciał jej skrzywdzić. W żaden sposób. I w końcu poczuła, jak jej ciało zaczyna się zupełnie poddawać dotykowi mężczyzny. Pozwoliła się poprowadzić i przestała się hamować. Wszystko przestało się liczyć. Nie rozumiała nawet co  on do niej mówi, ale czuła jego szept na swojej skórze. Nie mogła uwierzyć, że jej mózg zaczął pracować na innych obrotach, jakby najważniejsze były ich złączone ciała, doznania, a ból i strach zostały zepchnięte w głąb podświadomości. Ich przyspieszone, ciężkie oddechy łączyły się w jeden, a dłonie były splecione i wciśnięte w pościel. Kiedy poczuł, że się rozluźniła, przyspieszył, jego ruchy stały się nieco gwałtowniejsze. Oparł swoje czoło o jej, patrząc na jej przymknięte powieki i rozchylone wargi. Spojrzała mu prosto w oczy tuż przed tym jak krzyknęła głośno, a jej ciało zamarło na dłuższą chwilę. On też zastygł w bezruchu, ukrywając jęk w jej włosach. Poczuła jak całuje jej twarz i układa obok niej na łóżku. Przyglądał się jej dłuższą chwilę. Leżała bez ruchu, wpatrując się w sufit.
— Wszystko w porządku? — zapytał, obejmując ją ramieniem. Uśmiechnęła się i odwróciła bokiem, wtulając w jego ciało. Nadal oddychała głęboko, a jej oczy błyszczały. Pogłaskała go po policzku.
— Nawet nie wiesz jak bardzo...

Czy o poranku czuła się inaczej? Nie mogła tego do końca stwierdzić, ale kiedy wyszła do kuchni, ubrana jedynie w jego białą koszulę, czuła się bardzo dobrze. Ponieważ Christopher nadal spał, postanowiła zrobić śniadanie i zaparzyć kawę. Krzątała się po kuchni, gdy ktoś zapukał do drzwi. Spojrzała na zegarek i z zaskoczeniem stwierdziła, że dochodzi dziewiąta. Podrapała się po głowie i poprawiła koszulę, która i tak sięgała jej do połowy uda. Włosy szybko związała w niechlujnego koka. Otworzyła drzwi i zobaczyła wysoką, blondynkę, która zmierzyła ją wściekłym spojrzeniem. Aurora skrzywiła się, zastanawiając się czego może chcieć ta kobieta.
— Kim jesteś? — warknęła, mijając ją w drzwiach i wchodząc do salonu.
— Chyba to ja powinnam zadać to pytanie. I dlaczego wchodzisz tu jak do siebie, hmm? — Skrzyżowała dłonie na piersi i nie pozostając dłużną, obrzuciła ją groźnym spojrzeniem.
— Nie bądź śmieszna. Mieszkam tutaj... Patrząc po twoim stroju, musisz być kolejną dziwką Christophera. Jest taki przewidywalny... Robimy sobie przerwę, a on i tak musi znaleźć sobie jakieś laski do bzykania, obiecując im piękną miłość i trwały związek...
Ruszyła w jej stronę z zamiarem bardzo agresywnej reakcji na jej słowa. Naprawdę chciała to zrobić i już uniosła dłoń, żeby dać tej bezczelnej zdzirze do zrozumienia, że nie pozwoli się obrażać, ale przerwał jej zaskoczony głos Christophera, który stanął w pomieszczeniu, ubrany jedynie w spodnie od dresu.
— Amanda...?
Usta Aurory lekko się otworzyły, gdy zmierzyła wzrokiem jego, a potem jego byłą narzeczoną.


*

Zastanawiałam się, czy nie zawiesić bloga. Najwyraźniej nikt tego nie czyta i nie wiem czy jest sens nadal publikować. 
Na razie chyba opublikuję rozdziały do końca części 1, czyli jeszcze 4. 
Potem się okaże, czy będę kontynuować, czy zawieszę bloga.

9 paź 2016

#14 'denali



Podeszła do mężczyzny i uściskała go mocno, ciesząc się, że dotarł na wernisaż.
— Naprawdę, jestem pod ogromnym wrażeniem!
— Dziękuję... — Schyliła twarz onieśmielona. Tylu komplementów dotyczących swoich prac, jeszcze nigdy nie dostała. — Jesteś sam?
— Żartujesz? Przywiozłem wszystkich, żeby podziwiali prawdziwą sztukę. Cały czas się tu gdzieś kręcą i oglądają. Swoją drogą, dzięki za zdjęcie. Wisi w moim mieszkaniu w L.A. Wygląda idealnie.
— Cieszę się, że ci się podoba. — Uśmiechnęła się szeroko. Diplo (a szczególnie jego głos) zawsze nieco ją onieśmielał.
— Nadal nie zrezygnowałaś ze swojego szalonego planu? — zapytał ciszej. Pokręciła przecząco głową.
— Przeszłam pozytywnie pierwsze testy sprawnościowe. — Pochwaliła się z nieukrywaną dumą. Mężczyzna uniósł do góry brew.
— Gratuluję! Chociaż nadal uważam, że to głupi pomysł.
— Wiem. — Uśmiechnęła się do niego i zobaczyła, kolejne osoby, które zbliżały się w ich kierunku. — Muszę lecieć. Ale cieszę się, że jesteś. Pomogłeś mi przy tej wystawie.
— Ja tylko pracowałem... — Uśmiechnął się i odszedł w kierunku swoich znajomych.
— Nie jest w moim typie, ale głos ma absolutnie obłędny. Mógłby do mnie mówić w trakcie masturbacji... — powiedział James, obejmując ją jedną ręką.
— James! — krzyknęła oburzona blondynka, uderzając go w ramię. 
— Nie wiesz czy Nicholas będzie? — Rozejrzał się po sali. Uniosła do góry brew.
— Nadal z nim nie porozmawiałeś? 
— Nie.
— Od wernisażu? 
— Od wernisażu.
Popatrzyła na niego i opuściła ręce ze zrezygnowaniem.
— Ręce mi opadają. Jesteś cholernie uparty! Nie wiem czy będzie. Christopher nic nie mówił na ten temat. Może weźmie swoją milutką siostrę i przyjdzie... — Skrzywiła się i wzięła do ręki kieliszek wina. 
— Urocza Victoria nie daje spokoju?
— Ostatnim razem gdy ją widziałam, opowiadała o RODZINNYM spotkaniu. — Wywróciła oczami. — Strasznie mi przykro, że mnie tam nie było! — dodała z taką ironią, że nawet idiota by się domyślił. — Serio, ta dziewczyna działa mi na nerwy. Patrick wspominał ostatnio, że tak jawnie przystawiała się do Chrisa, że to niesmaczne. Ale rodzice oczywiście są zachwyceni. Znajoma rodziny, dobrze wychowana, poukładana, ze stabilną pracą.
— Cały czas chce, żebym zrobił jej sesję... Co ja jestem? Organizacja charytatywna?! Robię zdjęcia dla GQ, dla Chanel... Nie będę robił jej fotek! 
— Mi robisz... — Uśmiechnęła się cynicznie.
— Ty to co innego. Ty jesteś moją muzą, A. — Objął ją jedną ręką. —  Widzę, że ty też jesteś brudnym sekretem... 
— Nie miałabym z tym problemu gdyby nie fakt, że co chwilę słyszę jak ta wymalowana pinda przystawia się do mojego faceta, a ja nie mogę nawet jej wbić widelca w dłoń. Nie jestem nawet pewna czy jego rodzice wiedzą, że z kimś się spotyka. Wiem, że ma ponad trzydzieści lat i nie musi ich o tym informować i że to świeża sprawa, chyba nawet ja nie do końca ogarniam to co się dzieje, ale... — Dopiła wino i wzięła kolejny kieliszek.
— Będziesz miała okazję się odegrać — powiedział James patrząc ponad jej ramieniem. Odwróciła się i zobaczyła rodziców Christophera, którzy własnie weszli do galerii.
— Kurwa. Mogłam tyle nie pić. Zaraz wracam... — jęknęła i zniknęła w tłumie ludzi. Po drodze do łazienki była zatrzymywana przez znajomych, znajomych znajomych i zupełnie obcych jej ludzi, którzy gratulowali i zachwycali się zdjęciami. A ona naprawdę musiała dostać się do łazienki, zanim stanie oko w oko z idealnym państwem Blackwood. Kiedy już niemal dotykała dłonią klamki, drogę zastąpił jej Ryan.
— Piękna, jeśli takie zdjęcia zrobisz w Nepalu! Uhuhu! Dopisz do tego artykuł i możesz ubiegać się o Pulitzera. 
— Nie bądź śmieszny... Ja i Pulitzer - nigdy się nie wydarzy. 
— Nie mów hop. Ale serio, fantastyczne zdjęcia. Jestem zaszczycony, że mogę przebywać w twoim towarzystwie.
Wywróciła oczami, czując że przesadnie się ekscytuje. 
— Wybacz na minutkę... — jęknęła i wpadła przez szare drzwi do ogromnego, wyłożonego białymi i czarnymi kafelkami pomieszczenia. Oparła się o blat i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Miała nieco rozczochrane włosy i zdecydowanie zbyt rozbiegane spojrzenie. Wypuściła głośno powietrze. Jak miała się dobrze zaprezentować, skoro była już wstawiona, jej język się powoli rozwiązywał, a w głowie szumiało?
— Problemy? — Usłyszała z okolic kabin. Spojrzała do tyłu, na ciemnowłosą dziewczynę, która przyglądała jej się z wyższością. Przygryzła wargę, żeby nie puścić jakiegoś chamskiego komentarza.
— Dużo się dzieje. Nie wiedziałam, że przyjdziesz...
— Och tak, Christopher powiedział, żebym wpadła. Pomyślałam, że to świetny pomysł... Rozmawialiśmy na temat twoich prac. Są niezłe.
— Dzięki.
— Dam ci radę... Nie angażuj się tak. Jestem w życiu Christophera od bardzo dawna. I jeden: wiem, że jego rodzice cię nigdy nie zaakceptują, dwa: w końcu znudzi go dreszczyk emocji związany z twoimi podróżami, artystycznym zacięciem, młodzieńczym szlaeństwem i wszystko co się z tym wiąże, zacznie go męczyć. To chwilowa fascynacja. Ja jestem stała w jego życiu. Taka z jaką powinien się związać... Nie nadajesz się na związki. A już z całą pewnością, nie nadajesz się do związku z takim mężczyzną.
Oczy Aurory się rozszerzyły z wściekłości. Nie mogła uwierzyć, że ta dziewczyna odważyła się tu przyjść i wygadywać takie rzeczy, chociaż gdzieś w głębi ducha, blondynka obawiała się że to co mówi, jest prawdą. Zacisnęła pięści i podeszła do szatynki.
— Jeśli jednak ciebie wybierze... to znaczy, że jest naprawdę wart tyle co ty... Czyli niewiele... — warknęła i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi.

Była tak zdenerwowana, że nie wiedziała czego chce. Z jednej strony za wszelką cenę unikała Christophera, bojąc się ewentualnej konfrontacji z jego rodzicami, z drugiej chciała żeby to nastąpiło.
— Hej, wszystko w porządku? — Laura zaskoczyła ją, gdy stała za rogiem i wychylała się niepewnie.
— Nie. Rodzice Chrisa tu są, a Victoria mi nagadała. Do tego jestem wstawiona, zmęczona i nogi mnie bolą od tych butów. Mam ochotę wyjść i wrócić do mieszkania — jęknęła zrezygnowana. 
— Nie przejmuj się tą idiotką... A że jesteś zmęczona to wierzę... Już niedługo zerwiesz się do domu i wyśpisz... — powiedziała przyjaciółka, przytulając ją do siebie. — Jego rodzicami też się nie martw. Patrick niby czarna owca w rodzinie, a i tak mają do mnie problem. Oni chyba nikogo nie chcą zaakceptować...
Aurora wychyliła się i rozejrzała po ludziach. Dostrzegła Christophera w towarzystwie rodziców i młodszej siostry Nicholasa. Skrzywiła się, a wszystkie jej mięśnie nagle się spięły.
— Ta mała wywłoka...
Ruszyła w ich stronę i zatrzymała się kawałek od nich.
— I jak? — zapytała z uprzejmym uśmiechem, chociaż od środka aż się w niej gotowało. Wszyscy nagle się odwrócili w jej kierunku. 
— Mamo, tato to Aurora. Autorka zdjęć. — Czekała chwilę, licząc że powie coś jeszcze, ale tego nie zrobił. Ukłucie w serce.
— Dzień dobry. Mam nadzieję, że prace się państwu podobają... — Uśmiechnęła się szeroko, zakładając swoją maskę uprzejmości. Matka mężczyzny zlustrowała ją od góry do dołu. Jej mina nie zwiastowała nic dobrego. No tak, wychylające się spod sukienki tatuaże, białe włosy i z całą pewnością zbyt krzykliwy kolor sukienki. Okropne!
— Są naprawdę niesamowite. Właśnie razem z Victorią rozmawialiśmy na temat tego fantastycznego zdjęcia norweskich fiordów. Wspominała, że tam była i zrobiła podobne zdjęcie, jednak to światło... — Kolejne ukłucie. Kobieta patrzyła na nią z wyższością.
— Cieszę się. To wymaga wytrwałości i poświęcenia. Ale na tym polega fotografia. — Kolejny sztuczny uśmiech. Victoria położyła dłoń na ramieniu Christophera, mierząc ją spojrzeniem pełnym tryumfu. Kolejne ukłucie, jednak Aurora nie miała zamiaru dawać jej satysfakcji. — Proszę wybaczyć... Jeszcze jest parę osób, z którymi powinnam porozmawiać... — skończyła i odwróciła się od nich, po czym odeszła, licząc że znajdzie gdzieś Toma, jednak jak na złość, ten zniknął. Dopiero po przekroczeniu drzwi galerii rzuciła się niemal pędem w stronę stacji metra. Nawet nie zauważyła, gdy z jej oczu zaczęły lecieć łzy, rozmazując makijaż.
— Aurora!
— Spieprzaj! — warknęła. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać.
— Zatrzymaj się.
— Nie.
— Cholera jasna! — Usłyszała, po czym poczuła jak mężczyzna łapie ją za łokieć i odwraca w swoim kierunku. — Ty płaczesz?!
— Nie. Oczy mi się pocą! Daj mi spokój, Chris. Nie mam ochoty teraz z tobą rozmawiać. Rany dlaczego wernisaże kończą się jakimś dramatem! — krzyknęła wznosząc ręce do góry. — Czy ty kiedykolwiek chcesz mnie przedstawić swoim rodzicom? 
— To skomplikowane. Poza tym wolałbym to zrobić w nieco bardziej kameralnym gronie... Nie wiesz do czego jest zdolna moja matka. Byłaby w stanie zepsuć to wydarzenie... To twój dzień...
— Nigdy nie będzie łatwiej! Nigdy się nie naprostuje, bo ja nie jestem i nigdy nie będę idealną wybranką w oczach twoich rodziców. Ale skoro się spotykamy już prawie dwa miesiące to przy "przypadkowym" spotkaniu z nimi, nie chcę być tylko znajomą, autorką zdjęć. Okey, wiesz co... Wyjeżdżam na prawie miesiąc. Każde będzie miało czas żeby się zastanowić czego chce. Nie wymagam cudów, Chris, ale cholera, krew mnie zalewa jak widzę, że ta wywłoka Reynolds cię dotyka przy twoich rodzicach, a oni są tym najwyraźniej zachwyceni. Zresztą sam ją tu zapraszasz, mimo iż wiesz, że drzemy koty. Może faktem jest, że się znudzisz moim trybem życia, że fascynacja minie. I to ja wyląduję ze złamanym sercem. Więc się zastanów... — warknęła, wyrywając się z jego uścisku i ruszając w stronę stacji. 

*


Podobała jej się Alaska. Zdecydowanie klimat bardziej jej odpowiadał, chociaż za bardzo niskimi temperaturami też jakoś specjalnie nie przepadała. Kiedy po raz pierwszy mróz uderzył w jej twarz, była w lekkim szoku. Nie wylądowali zbyt daleko od Denali, więc miała mało czasu na aklimatyzację. Widok ją zachwycił. Góry ją fascynowały. Można je podziwiać każdego dnia i każdego dnia będą wyglądać inaczej. Teraz stała pod górą McKinley, wiedząc, że za jakiś czas będzie podziwiać widok z samego szczytu.
Wspinaczka nigdy nie była i nie miała być łatwa. Miała być testem wytrzymałości i pokory. Z każdym krokiem byli coraz wyżej, powietrze stawało się rzadsze, a mięśnie bolały, dając znać, że organizm poddawany jest ogromnemu wysiłkowi. Mróz szczypał niewielkie fragmenty twarzy, które miała odsłonięte. Wychodzili nad ranem, zatrzymywali się późnym wieczorem. 
Oficjalnie miała wejść tylko do którejś bazy i być tylko fotografem. Takie kłamstwo sprzedała wszystkim swoim bliskim, żeby nie martwili się i nie próbowali jej odwieźć od tej decyzji. Ona jednak nie szła kawałek. Szła cała trasę od podnóża do szczytu. Ale na razie nikt nie musiał wiedzieć, chociaż czuła się podle okłamując ludzi dookoła. I wiedziała, że w końcu przyjdzie jej za to kłamstwo zapłacić.
Ryan był ogromnym wsparciem, chociaż upierała się, że nie potrzebuje pomocy. Chciała dać radę, zdając sobie równocześnie sprawę, że jeśli nie da rady, musi odpuścić. To była jej pierwsza tak poważna wyprawa i szczyt, który miał powyżej pięciu tysięcy metrów. Oczywiście czuła strach, ale... Coś ją ciągnęło w to miejsce, mimo iż wiedziała, że wiele ryzykuje. Starała się nie rozpraszać, nie skupiać na widokach i podziwiać je dopiero gdy docierali do bazy. 
Na szczycie czuła się niesamowicie. Chociaż wiedziała, że to nie najwyższy szczyt świata, nic ją nie interesowało. Ona była teraz tak wysoko, że miała gdzieś pozostałe szczyty. Teraz była najwyżej. Pokonała siebie i swoje ograniczenia. Widok, zapierał dech w piersiach. Była tam chwilę, więc starała się go zapamiętać i uwiecznić na zdjęciu. Przez te krótkie chwile, czuła że nikt nie może jej skrzywdzić. Nikt nie może jej dotknąć.

Przed wyjściem i tuż po zejściu, sprawdziła czy Christopher się do niej odezwał. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Telefon miała pełen wiadomości i połączeń, ale ani jedno nie było od niego. Popatrzyła na oddalającą się górę. Oparła głowę o fotel w samochodzie. Musiała zadzwonić do Jamesa. Wracali wcześniej niż przypuszczali, bo pogoda im dopisała, więc w miarę szybko się wspięli i zeszli. 
— Hej, tu James, jak masz ważną sprawę to zostaw wiadomość po sygnale. — Usłyszała. Westchnęła głośno.
— Wracamy wcześniej, J. Jutro wieczorem będę w Nowym Jorku, mógłbyś mnie odebrać z lotniska? 
Po raz pierwszy nie wiedziała czego spodziewać się po powrocie do domu.

obserwatorzy

SZABLON WYKONANY PRZEZ KAYLO NA BAZIE CZARNEJ REWELACJI, PRZY POMOCY: BLOGGER PORADY. OBSŁUGIWANY PRZEZ BOGGER.