Następny rozdział: 30.04.2017 Rozdziały pojawiają się co około dwa tygodnie. Nie informuję o tym, zatem polecam obserwować bloga lub zwracać uwagę na te kolumny, ponieważ data czy informacja o ewentualnych opóźnieniach, zawsze pojawią się właśnie w tym miejscu.
Wszystko co znajduje się na blogu jest wytworem mojej wyobraźni. To fikcja literacka osadzona w realnym świecie. Ostrzegam, że niektóre elementy fabuły mogą nie zgadzać się z faktycznymi wydarzeniami. Opowiadanie może zawierać wulgaryzmy, przemoc oraz sceny 18+.
Drogi czytelniku, każda opinia jest na wagę złota, dlatego jeśli przeczytałeś moją twórczość, to pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza. :) Na blogu pojawia się opowiadanie autorskie, które jest tylko i wyłącznie mojego autorstwa. Zakazane jest kopiowanie treści.

23 kwi 2017

#30 'video

— Hej ja... Zupełnie nie wiem co mam powiedzieć... Hmm... Jestem cała... Żadna lawina mnie nie porwała... To znaczy porwała, ale na szczęście nic się nie stało... Powybijałam palce i jestem poobijana, ale to nic takiego... Czuję się dobrze... Naprawdę dobrze... I ekhem... Przepraszam... Za wszystko...

*


Siedziała z kubkiem wypełnionym herbatą i otulona kocem. Na szczęście, okazało się, że ich mesa była w tak dobrym punkcie, że oprócz silnego chwiania i lekkiego przysypania śniegiem, nic się z nią nie stało. Aurora chwilę wcześniej dostała możliwość, żeby w końcu wykonać telefon, a lekarz obejrzał jej bolące palce i inne urazy. Na szczęście nie działo się nic niepokojącego. Po spędzeniu kilku minut pod śniegiem, miała tylko trochę otarć, powybijane palce, ale mogło być znacznie gorzej.
— Jak się czujesz? — spytał Ryan, siadając obok niej. 
Znaczna część ekipy odkopywała przysypane namioty i wyciągała ich rzeczy. Jej kazali zostać z boku i odpocząć. Była w zbyt dużym szoku, żeby kręcić się w okół i przeszkadzać w akcji ratunkowej. Miles był w znacznie lepszej kondycji, więc zabrał się za pomoc.
— Nie jest źle... — mruknęła.
— Chyba straciłaś na chwilę przytomność pod śniegiem. Ale lekarz mówi, że raczej nie doznałaś większych urazów. Kiedy cię wyciągnęliśmy powtarzałaś imię Chrisa.
— Widziałam go... — powiedziała spokojnie i upiła łyk ciepłego napoju. — Widziałam jakby tu był, jakby... Umierał w moich ramionach.
— A... Wiesz, że to nie było realne, prawda?
— No wiem. W końcu go tu nie ma. Ale chcę wrócić do domu. Najszybciej jak się da.
— Kochasz go...
Popatrzyła na niego i chociaż nic więcej nie powiedziała, jej wzrok mówił wszystko. 

*

To wszystko pokrzyżowało im plany. Zamiast opuścić Obóz Bazowy dwudziestego siódmego, wyszli dopiero dwudziestego ósmego. Do Lukli dotarli trzydziestego pierwszego po południu, gdy nie obywały się już loty do Katmandu. Do stolicy Nepalu dotarli rankiem pierwszego czerwca. Aurora z mocnymi otarciami i powybijanymi palcami w lewej dłoni, Ryan z licznymi stłuczeniami. Wylecieli do Dohy dopiero o dwudziestej pierwszej piętnaście i po prawie pięciogodzinnym locie, dotarli do stolicy Kataru na trzygodzinną przerwę. Potem czekała ich ponad trzynastogodzinna podróż.
Aurora oglądała jakiś film, przeglądała i obrabiała zdjęcia i skupiała się na sobie, bo jej towarzysz od razu ją opuścił, udając się do krainy snów. Nudziło jej się, a nie mogła się zdrzemnąć nawet na sekundę. Nadal nie mogła uwierzyć w to, co wydarzyło się przez ostatnie dwa miesiące. To było jak sen. Gdy stała przy samolocie w Lukli, miała łzy w oczach. Przyzwyczaiła się do obozowego życia. To miejsce było namiastką domu przez prawie sześćdziesiąt dni, zżyła się z ekipą. Kochała góry. Himalaje skradły jej serce. Trudy wspinaczki wynagrodziły widoki i to uczucie. I nagle poczuła się, jakby opuszczała bardzo ważne dla siebie miejsce. I wiedziała, że wróci. Chociażby tylko na trekking do Obozu Bazowego. Ale pewnego dnia wróci. Nawet pomimo lawiny i znalezienia się pod śniegiem na kilka ładnych minut.
Bała się powrotu i tego co ją czeka, jednak mimo wszystko się cieszyła, że znowu zobaczy bliskich.

Kiedy wyszli w końcu do hali, na Ryana niemal od razu rzuciła się Alice. Dziewczyna z widoczną ulgą przywitała narzeczonego w Nowym Jorku. Aurora stanęła z boku, speszona nieco ich namiętnym pocałunkiem. Blondynka rozglądała się na boki, nie chcąc dawać im do zrozumienia, że naprawdę marzy jedynie o wygodnym łóżku i wannie. Nie miała prawa ich pospieszać, więc czekała.
— Wybacz... — powiedziała w końcu Alice, podchodząc do niej i przytulając. — Udało ci się!
— Taaa... — mruknęła. — Przepraszam... Od dawna nie zmrużyłam oka.
— Och, oczywiście! Już jedziemy do Hamptons...
Aurora uśmiechnęła się blado i ruszyła za nimi, w końcu odbierając swoje bagaże i ciągnąc je za sobą w stronę parkingu.

Droga zajęła im dwie godziny. Blondynka nie zmrużyła oka, nie była w stanie. Bliskie spotkanie z Christopherem za bardzo ją stresowało. Nagle zmęczenie nie było takie istotne, ale serce biło znacznie szybciej. Nim się obejrzała, byli pod wielką rezydencją przy plaży. 
— Nie chciałam robić tego w domu. Organizatorka poleciła nam to miejsce. Część osób, będzie spała tutaj. Inni mogą u rodziców — powiedziała uradowana szatynka, otwierając przed nimi drzwi. — Reszta przyjedzie niedługo. Pokażę wam pokoje, możecie coś zjeść... Odsapnąć.
Jej pokój znajdował się od strony oceanu. Postawiła wielkie torby na podłodze, widząc, że jej kot śpi na łóżku. Podniósł łebek i miauknął witając się z nią po swojemu. Podrapała go za uchem i ruszyła pod prysznic. Nadal nie mogła się przyzwyczaić do ciągłej, ciepłej wody, która spływała na jej nadal obolałe ciało. Pominęła patrzenie w lustro. wiedziała co tam zobaczy: wystające kości, cienie, schodząca skóra, siniaki. Nie musiała teraz na to patrzeć. Nasmarowała się balsamem, nałożyła makijaż, wysuszyła włosy i ubrała krótkie spodenki i luźny i biały t-shirt. Sprawdziła czy nie zalała usztywnienia. Dopiero wtedy się przejrzała. Wyglądała nieźle, chociaż siniaki odcinały się od jej bladej skóry, a kończyny były znacznie chudsze niż przed wyjazdem. Dzięki wszelkim kosmetyką, jakie znalazła w swojej łazience, zniwelowała nieco sińce pod oczami, a za pomocą peelingu starła znaczną część suchej skóry. Włosy straciły blask, ale odżywka nieco pomogła ich kondycji. Aurora wiedziała, że kilka tygodni zajmie jej powrót do formy.
Odetchnęła i zeszła na dół, żeby coś zjeść. W kuchni znalazła Alice.
— I jak? Lepiej? — Uśmiechnęła się dziewczyna, stawiając przed nią szklankę z lemoniadą.
— Lepiej. Prysznic! Nawet w hostelach było średnio. Nie wspomnę o łóżkach. Zero wygód. Ale znośnie... Już nie mogę się doczekać nocy na tym cudzie na górze. 
— Normalne łóżko — zaśmiała się i podsunęła jej talerz z kanapkami.
— Wow. Kocham cię... Ser, szynka, pomidory... Awokado! — krzyknęła uradowana, łapiąc pierwszą i jedząc. Doceniała każdy kęs. Brakowało jej takich rarytasów I nagle smakowały sto razy lepiej. Zamruczała, gdy poczuła, że jedzenie się niemal rozpływa się w jej ustach.
— Nie wiedziałam, że po powrocie tak jest... 
— Kochana, po dwóch miesiącach bez takich rzeczy, nagle nabierają one nowego znaczenia. To jest właśnie magia wspinaczki... Potem inaczej patrzysz na to co cię otacza. Na takie drobnostki jak chleb na przykład, albo wygodne łóżko.
— Czyli nie żałujesz? — Dociekała Szatynka, opierając się łokciami o blat.
— Nigdy. Wiesz... Pomimo tych wszystkich trudności, niemal odmrożonych dłoni i stóp, wybitych palców, poobijania, schudnięcia, zmęczenia i osłabienia... Widoki, uczucie... Przeżycie tego... Nie da się tego opisać. Bezcenne. Warte każdej trudności, całego tego wysiłku. Wspinasz się na sam szczyt świata... Gdzie nic nie jest wyżej. Ponad głową masz tylko niebo, a dookoła pustą przestrzeń. Żadnych ograniczeń. Tylko czyste powietrze. Ocean gór i chmur. Cały świat masz u stóp i masz wrażenie, że nic cię nie jest w stanie powstrzymać czy ograniczyć. Ale też doceniasz to co masz tutaj, w domu. Kiedy wracasz, wiesz że pokonałaś ograniczenia ciała i umysłu. Strach, obawy i paraliż w większości przypadków siedzi w głowie. Wspinaczka uczy człowieka, żeby potrafić określić czy to jest wymysł, czy realne zagrożenie. Stamtąd wracasz jako inny człowiek. — Uśmiechnęła się szeroko i oparła łokciami o wyspę. — A przynajmniej ja zawsze się tak czułam.
— To gdzie teraz? — zapytała Alice, zatrzymując wzrok za Aurorą. 
— Nigdzie. Na razie kończę ze wspinaczką. Pięć z dziewięciu szczytów w Koronie Ziemi mi starczy. Zdobyłam Dach Świata. Osiągnęłam szczyt, który kiedyś wydawał mi się odległym marzeniem. Nadal nie mogę uwierzyć, że to się wydarzyło... — Na jej twarzy malował się szeroki, szczery uśmiech. Teraz, kiedy już była w Stanach, zaczęła czuć to wszystko. Dochodziło do niej co zrobiła i że w końcu wróciła do domu. I mogła odpocząć.
Zmarszczyła brwi, widząc że Alice wpatruje się w coś za nią. Odwróciła się i napotkała uważne spojrzenie Christophera. Zamarła na dłuższą chwilę, przełykając z trudem gulę w gardle. Miała wrażenie, że czas się zatrzymał na dłuższą chwilę, chociaż naprawdę trwało to zaledwie kilka sekund. Pospiesznie się odwróciła w stronę Alice. 
— Kochanie, zabrałeś wszystkie torby już? — Usłyszała nagle. Jej oczy otworzyły się szeroko. Poznawała ten głos doskonale. Nie musiała widzieć właścicielki.
— Pójdę zadzwonić do mamy. I mmm... Kilku innych osób, które we mnie wierzyły... — powiedziała, zabierając jeszcze jedną kanapkę i wychodząc z kuchni drugimi drzwiami. 

— Przestań... — zaśmiała się cicho do telefonu. — Teraz mi będziesz wciskał kit, że byłeś taki pewny? Co? Pewnie, że tak. Człowiek przyzwyczaja się do życia w namiocie. — Kolejny wybuch śmiechu. — Nawet sikanie na kamienie było zabawne. Nie wspomnę o zakładach innych ekip o to czy wejdę na szczyt... Podobno miałam za ładną buźkę. Widzieli we mnie lalunię z kasą, która ma widzimisię. Ale poważnie... Himalaje są... Niesamowite. Piękne i takie... Nieokiełznane. Ta lawina jest na to dowodem... Ta, kilka minut podobno. Nie wiem, nic z tego nie pamiętam. Wybiłam palce, ale to nic takiego. Byliśmy na boku lawiny, więc aż tak nas nie przysypało. Nieśmieszne, Pentz. Tak? To daj znać... — Odwróciła się w stronę drzwi, które akurat skrzypnęły. Wstrzymała oddech.
Mężczyzna stał oparty plecami o ścianę i przyglądał się jej uważnie.

— Opowiem ci wszystko i pokażę fotki, jak chcesz... — dodała, nie spuszczając wzroku z Christophera.

Patrzył na jej wychudzone ciało i pełne bólu oczy. Nie mógł znieść, że to on był powodem tego wyrazu twarzy, który pojawił się na niej, gdy tylko na niego spojrzała.

— Pięknie... Tyle ci zdradzę... — powiedziała cicho. — Muszę kończyć... Ale jesteśmy w kontakcie...
Rozłączyła się i spuściła dłoń. Nie do końca wiedziała co powiedzieć, ale czuła, że emocje ostatnich kilku tygodni czekają na wybuch. I gdyby nie incydent w kuchni, pewnie by przeprosiła, rozpłakała i błagała o wybaczenie. Ale nie. To sprawiło, że poczuła się zdradzona.
— Niepotrzebnie dzwoniłam, żeby powiedzieć, że mnie lawina nie porwała. Najwyraźniej ktoś inny zaprzątał ci głowę... —  mruknęła w końcu. Wiedziała, że za kilka minut muszą zejść na dół, bo Alice chciała jeszcze przed ślubem obejrzeć film. Chciała załatwić to raz na zawsze i mieć możliwość, żeby zaleczyć rany. — Chciałam przeprosić. Rany, ja nawet byłam gotowa błagać o przebaczenie i po co? Po to, żeby usłyszeć, że już się pocieszyłeś? Że ona w sumie miała rację, mówiąc że jestem tymczasową fascynacją i i tak, prędzej czy później, to ona będzie tą którą wybierzesz. Wow... — Wypuściła głośno powietrze, nadal nie mogąc ogarnąć tego wszystkiego. — Nie tego się spodziewałam po powrocie... Zawaliłam sprawę, wiem to doskonale. Nie wiem dlaczego stało się tak, jak się stało. Nie umiem racjonalnie wyjaśnić swojego zachowania. Strach? Niepewność? Być może. Ale wiem, że nie powinnam tego trzymać w sekrecie tak długo. Dzwoniłam, a ty odrzucałeś połączenia. Może mogłam przyjść przed wyjazdem, ale bałam się, że będzie tylko gorzej...  Ale ty... Zostawiłeś mnie w naprawdę kiepskim momencie. Zachwiałeś moją wiarę w siebie i moje umiejętności. Zachowałeś się jak tchórz... — powiedziała cicho, spuszczając głowę. — Złamałeś mi serce swoim strachem i brakiem wiary w moją siłę. Wyrzuciłeś ze swojego życia i zastąpiłeś inną... Ta rozmowa mogła wyglądać inaczej... Chciałam, żeby wyglądała inaczej... Liczyłam na to.
— Aurora! — Usłyszała z dołu głos Ryana.
Ruszyła w stronę drzwi, jednak gdy chciała wyjść, Christopher złapał ją łokieć i zatrzymał.
— Puść mnie... — szepnęła niepewnym głosem.
— Myślisz, że tak po prostu pozwolę ci odejść? — warknął, wwiercając się wzrokiem w jej twarz. Popatrzyła na niego pełnymi łez oczami.
— Proszę, Chris, puść mnie... — powiedziała ledwo słyszalnym głosem, nawet nie próbując się wyrwać. Po prostu stała zrezygnowana i czekała. Przeraziło go to, że nie miała zamiaru nic zrobić. Wolałby, żeby zaczęła krzyczeć i wyrzuciła z siebie wszystkie emocje. Jakby cała jej siła i energia gdzieś uleciały.
Poczuła jak rozluźnia uścisk. Spuściła głowę i dotknęła dłonią klamki.
—  Powodzenia... — mruknęła, wychodząc z pomieszczenia.

Zeszła do salonu i spojrzała na zebranych ludzi. Nawet nie zarejestrowała, kto tam siedzi, gdy poczuła jak James ją do siebie przytula.
— Ty cholero! — powiedział, ściskając ją mocno. — Daliśmy dupy.
— Ja dałam dupy. Ty się wkurzyłeś.
— Nie powinienem... Wiem przecież ile to dla ciebie znaczyło... — mruknął, wtulając twarz w zagłębienie jej szyi.
— A ja powinnam była powiedzieć wcześniej — powiedziała cicho, odwzajemniając jego uścisk.
— Zapomnijmy o tym... Bardzo mi ciebie brakowało... — dodał.
Objęła go mocniej i poczuła, że w końcu się rozluźnia. Chwilę później dołączyła do nich Laura, która w końcu mogła przytulić do siebie przyjaciółkę.
— Wyglądasz jak gówno... — powiedziała cicho, starając się powstrzymać drżenie głosu.
— Nawet nie patrzę w lustro — zaśmiała się Aurora. 
— Okey, panienki! Siadać. Mamy trochę do obejrzenia! — krzyknął Ryan.
Aurora zajęła obok Laury i Patricka. Chwilę później do pomieszczenia wszedł Christopher, siadając, ku niezadowoleniu blondynki, koło Victorii. Jednak starał się zachować bezpieczną odległość, wbijając się w oparcie sofy.
— Kiedy ty to zmontowałeś? — spytała dziewczyna, spoglądając na przyjaciela.
Wzruszył ramionami i uśmiechnął się szelmowsko. Od razu zaczęła żałować, że nie zażądała autoryzacji.

Całość zaczęła się od ujęć z Barcelony. Kilka krótszych filmików na których zwiedzali miasto, nieco dłuższe gdy prowadzili dyskusje na temat niektórych miejsc, albo ludzi. Na innych Aurora tańczyła na środku ulicy, na kolejnych ujęciach Ryan łapał facetów, którzy się na nią patrzyli.
— Przestaniesz w końcu? — warknęła po którymś takim fragmencie. 
— Tylu adoratorów! Aurora, do wyboru do koloru... — odparł głos zza kamery.
Dziewczyna siedziała akurat w niebieskiej sukience, na jednej z ławek i popijała kawę na wynos.
— Jasne. Właśnie widzę. Wiesz, Hiszpanie to nie moje klimaty.
— Temperamentni są! 
— Droga wolna, widzę jak ci się podobają. Zaopiekuję się twoją kamerą, pokazując w końcu coś ciekawego. — Wyciągnęła ręce w jego stronę.
— Auć! Uderzyłaś w moje ego.
— Ktoś w końcu powinien... — mruknęła, uderzając w jego ramię i podnosząc się z miejsca z uśmiechem.
Na filmie nie zabrakło fragmentu, gdy śpiewała w parku. Kilka ujęć pokazywało jak gonili się po plaży i próbowali lokalnych specjałów. Na ekranie głównie pokazywała się Aurora, bo Ryan ukrywał się za kamerą. Uśmiechała się, ale widać było, że najczęściej był to wymuszony uśmiech. Potem wrzucone były zdjęcia miasta i ich, które robili sobie nawzajem. Ryan nie pominął też kilku selfie, które zrobili sobie w trakcie pobytu w Hiszpanii.
Potem pojawiły się ujęcia z Polski. Na jednym, jechali samochodem w góry. Kamera była ustawiona pod przednią szybą. Nieco bardziej odprężona Aurora, śpiewała pod nosem.
Life is a drink, and love's a drug... Oh now I think I must be miles up... When I was a river, dried up, you came to rain a flood...
— Kraków jest cudowny...
— Prawda? Absolutnie kocham to miasto...
— Nie chciałaś tu zostać? — zapytał Ryan, odwracając w jej stronę głowę.
— Artystom jest w tym kraju trudno. Szczególnie fotografom. Jeśli komuś się uda wybić to super... Ale ja nie chciałam tu zostawać... Zawsze ciągnęło mnie do Stanów — powiedziała z powagą.
— Dobra decyzja, bo Stany są super! Twoi rodzice nie zareagowali super ostro na rewelację o Evereście... — odparł nagle.
— Przywykli do durnych pomysłów. Trzy lata temu pojechałam do Czarnobyla. Dwa lata temu skoczyłam ze spadochronem... — Wzruszyła ramionami. — O, i mój tata się wspinał.
— Czas przeszły? — dopytywał.
Wypuściła powietrze z płuc.
— Mój tata i jego brat wspinali się od wielu lat. Ale nigdy nie starali się zdobyć Everestu. Kiedy mój tata poznał moją mamę, zwolnił... — Westchnęła głośno. — Najpierw były rodzinne wyjazdy, potem wspinaczka w Tatrach i coraz trudniejsze szlaki. Najpierw zdobyłam Mount Blanc we Francji. Miałam prawie osiemnaście lat i byłam cholernie dumna. Góra niby nie tak wysoka jak Everest, a jednak tylu niedoświadczonych wspinaczy próbuje wejść na szczyt, że znajduje się w dziesiątce najniebezpieczniejszych gór świata. A tu proszę. Niespełna osiemnastoletnia, niewielka nastolatka wspięła się ze swoim ojcem. Potem pojechaliśmy jeszcze na Elbrus. To były nasze jedyne wyprawy. Po tym ojciec zupełnie się wycofał. Potem... Potem wylądowałam w Afryce. Rok później wspinałam się na Kilimandżaro razem z ekipą. W sumie to niewiele to ma wspólnego ze wspinaczką. A największym problemem jest wysokość i aklimatyzacja. Kondycyjnie trzeba być bardzo wytrzymałym. Ale po Dachu Europy, stanęłam na Dachu Afryki. I było to cholernie dobre uczucie. Ostatnia przed McKinley z tobą była Aconcagua. Wykorzystałam zimowe ferie na pierwszym roku studiów. I bach! Nagle miałam za sobą Szczyt Ameryki Południowej. Potem wspinaliśmy się razem na Alasce.
— Wow. Czemu nigdy o to nie pytałem? — zaśmiał się chłopak. Dziewczyna rzuciła mu tylko pełen politowania uśmieszek. — Czyli jesteś mocniejsza niż ktokolwiek myśli. Zostaje jeszcze... Antarktyda i Australia. 
— Mhm... W sumie w Australii razy dwa. 
— Ach no tak. Wasza Korona Ziemi. To kiedy jedziemy?
— Nieprędko. Nie chodzi o zdobycie Korony... — Wzruszyła ramionami. — Chodzi o wolność i własne ograniczenia. Chodzi o... Nie wiem o co chodzi. Wydaje mi się, że zdobycie Dachu Świata jest moim ostatnim marzeniem.
— Chciałaś zdobyć szczyty kontynentów, które mają dla ciebie większe znaczenie... — powiedział jakby do siebie.
— Czy ja wiem... nigdy nie byłam w Ameryce Południowej i Afryce. Może kiedyś, w przyszłości mnie najdzie, żeby skończyć... — Zaśmiała się głośno i zatrzymała samochód. — Ale na razie mamy Tatry, wysiadaj.
Potem były tylko zdjęcia. Z Berlina, z Amsterdamu. Do ich wyjazdu do Nepalu, nie pojawił się już żaden film.

— Powiedz, że robisz sobie ze mnie jaja... — mruknęła, patrząc na wątpliwej jakości samolot. 
— Nie. Wsiadaj...
— Ktoś powinien tego zabronić... — szepnęła, niechętnie wchodząc za resztą ekipy do środka. 

Następny fragment, pokazywał ich trekking do bazy i pierwsze spotkanie z Everestem. Potem Obóz Bazowy i ich codzienność: wspólne posiłki w mesie, rozmowy, pudżę, przygotowania, noclegi i warunki.  Były ujęcia, gdy Aurora podziwiała góry ze łzami w oczach. Ich wejście aklimatyzacyjne, Icefall, Obozy i jej filmiki i zdjęcia ze szczytu. Był fragment z momentu gdy atakowała szczyt i rozmawiała z Ryanem przez radio. 
— Aurora, wszystko okey? — Usłyszeli jego głos w mroku. — Krzyknęłaś... Kurwa... — mruknął. — Wspinał się bez tlenu. Idź dalej. Cholera, wpadła na tego gościa co wczoraj zasnął koło Balkonu... 
— Tego Niemca? — Usłyszeli drugi, męski głos.
— Chyba. Ktoś inny wczoraj zmarł na górze?
— Nie, raczej tylko o nim mówili.
— Wyobrażasz sobie wejście od drugiej strony? Rany, nie weszłaby. Te ciała by ją skutecznie odciągnęły od szczytu.
— Byłem, widziałem... — mruknął ten drugi. Na ucho dużo starszy od Ryana. — Ten próbował bez tlenu. I podjął idiotyczną decyzję, że nie schodzi gdy wiedział, że nie wróci do obozu na czas. Został sam na drodze. Nawet gdyby ktoś chciał go uratować... Nie zdążyłby. Everest nie daje czasu na błędy i złe decyzje...

Potem pojawiły się filmiki Aurory na szczycie. Jak robiła zdjęcia, nawet jeden sama nakręciła odsuwając maskę z ust, mówiąc, że jej się udało i mimo zmęczenia, uśmiechając się szeroko. Jednak nigdzie nie było zdjęcia z flagą. 

Kolejny fragment był dość chaotyczny. Kamera leżała w namiocie i widać było jak wchodzi do niego Aurora, pada na ziemię i leży, oddychając głęboko, kaszląc co chwilę głośno. Nagranie zostało przyspieszone. Dziewczyna w końcu jęknęła i odwróciła głowę.
— Boli... — jęknęła.
— Co? 
— Płuca, nogi, ręce... Wszystko.
— Popatrz na mnie... — polecił, pomagając jej siąść. Popatrzył jej prosto w oczy. — Głowa? — Pokręciła przecząco głową. — Kręci ci się w niej? — Zrobiła to samo. — Niedobrze ci? — Powtórzyła. — Okey. Chcesz coś zjeść.
— Coś tak.
Znowu przyspieszenie.
— Myślałam, że czuję się okey, ale... W tym ostatnim odcinku wszystko zaczęło mnie boleć... Chyba dostałam ataku paniki.
— To nic. Udało ci się! — powiedział uradowany. Uśmiechnęła się pod maską i popatrzyła, jak wyciąga telefon satelitarny. Znowu przyspieszenie
— Zbierajcie się dzieciaczki. Idzie burza — mruknął, wyraźnie zdenerwowany. Aurora podniosła się do góry.
— Ale ja nie mam siły.
— To ją lepiej znajdź. Musimy zejść do "dwójki". — Lider ich wyprawy zachowywał się naprawdę dziwnie i niepokojąco.
Ostatnie ujęcie pokazywało jak dziewczyna ledwo idzie. Pamiętała... Wtedy, po raz pierwszy, zobaczyła panikę w oczach Ryana. Nie do końca chyba przyciął filmy i wszyscy zobaczyli jak słania się na nogach w drodze do Obozu II, a wzrok ma rozbiegany i nieobecny. To był ten moment, w którym myślała, że nigdy nie opuści tego miejsca.

obserwatorzy

SZABLON WYKONANY PRZEZ KAYLO NA BAZIE CZARNEJ REWELACJI, PRZY POMOCY: BLOGGER PORADY. OBSŁUGIWANY PRZEZ BOGGER.