Następny rozdział: 06.08.2017 Rozdziały pojawiają się co około dwa tygodnie. Nie informuję o tym, zatem polecam obserwować bloga lub zwracać uwagę na te kolumny, ponieważ data czy informacja o ewentualnych opóźnieniach, zawsze pojawią się właśnie w tym miejscu.
Wszystko co znajduje się na blogu jest wytworem mojej wyobraźni. To fikcja literacka osadzona w realnym świecie. Ostrzegam, że niektóre elementy fabuły mogą nie zgadzać się z faktycznymi wydarzeniami. Opowiadanie może zawierać wulgaryzmy, przemoc oraz sceny 18+.
Drogi czytelniku, każda opinia jest na wagę złota, dlatego jeśli przeczytałeś moją twórczość, to pozostaw po sobie ślad w postaci komentarza. :) Na blogu pojawia się opowiadanie autorskie, które jest tylko i wyłącznie mojego autorstwa. Zakazane jest kopiowanie treści.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mount Everest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mount Everest. Pokaż wszystkie posty

18 cze 2017

#37 'memories


Kochała poranki, gdy mogła się budzić u jego boku. Spojrzała w prawo i zobaczyła, że mężczyzna jeszcze śpi, przykryty kołdrą tylko na wysokości bioder. Zaskoczył ją fakt, że jej kot, spał koło niego, pomrukując i co jakiś czas rozchylając powieki, jakby cały czas czuwał nad ich bezpieczeństwem. Jak tylko zauważył, że Aurora już nie śpi, podniósł się i podszedł, prosząc o pieszczoty. 
— Już cię nie zostawię, Gburku... — zaśmiała się, gdy kocur z wyrzutem ocierał się o jej dłoń. Zostawiła go w końcu na kilka dni. Po raz kolejny. 
— Zabrałem go w piątek po pracy... — mruknął Chris i nie otwierając oczu, przetoczył się na bok i ją objął. 
— Widzę, że ten zdrajca woli spać z tobą niż ze mną... — Skrzywiła się i wzięła zwierzątko na ręce, wtulając twarz w jego futerko. 
— Woli spać z tym kto go karmi i głaszcze... A ponieważ robiłem to ostatnio bardzo często... Myślę, że go kupiłem. Możemy uznać, że ten kot jest już mój...
— Och naprawdę? Nie jesteś troszeczkę bezczelny? — Szturchnęła go w ramię. 
— Ani trochę — odparł, powoli całując jej nagą skórę.
— Więc mamy dzisiaj gości? — spytała, widząc jak jej kot ucieka z łóżka, a Chris podnosi się, żeby się na niej położyć.
— Chcesz o nich teraz rozmawiać? — mruknął, skupiając się na jej szyi i miejscu tuż za uchem. 
Uśmiechnęła się pod nosem.
— Tylko na tym, o której będą...
— Osiemnastej...
— Super... Mamy dużo czasu... — powiedziała cicho, obejmując go za szyję.
— Powiedziałem im, żeby przynieśli jedzenie, bo nie mamy czasu na przygotowanie niczego...
— Powinnam pojechać po jakieś ubrania... — Czuła, że powoli jej mózg się wyłącza, gdy mężczyzna schodził coraz niżej ze swoimi pocałunkami.
— Wszystko co potrzebujesz przywiozłem w piątek. Jest w garderobie...
— I to ja tu jestem podstępna?
Zaśmiał się głośno, dmuchając ciepłym oddechem na jej brzuch. Sama się zaśmiała i pociągnęła go w górę, żeby złączyć ich wargi w namiętnym i długim pocałunku. Trochę czuła się tak, jakby wróciła do stanu sprzed kilku miesięcy. Tylko tym razem nie była zdenerwowana czy niepewna. Ale miała wrażenie, jakby robiła to po raz pierwszy. Do tego momentu, nie wiedziała jak bardzo tego potrzebuje. Zawsze należała do szczupłych osób, ale teraz, po trudach wspinaczki i tym jak wpłynęło to na jej wygląd, chciała czuć, że nadal jej pragnie, że nadal jest atrakcyjna i piękna. Jednak jego wzrok mówił jej wszystko co chciała usłyszeć, o czym chciała, by ją zapewnił.

— Mówiłem, że przyniosą coś do jedzenia, prawda? — Zmarszczył brwi, wchodząc do części kuchennej, patrząc jak Aurora stoi nad mikserem i obserwuje jak miesza się masa na krem do ciasta. 
Mruknęła coś pod nosem i wytarła dłonie w ściereczkę. 
— Co to za gospodarze, którzy nic nie mają? — Uniosła do góry jedną brew i odwróciła się w jego stronę. — Poza tym... — dodała, maczając palec w masie i biorąc ją do ust. Przymknęła oczy, czując jak przyjemny smak rozpływa się po jej ustach. — Gdybyśmy nadal byli w łóżku, otwarłabym im drzwi jakbym dopiero co wyskoczyła spod kołdry, a tego chyba nie chcemy.
Wspięła się na palce i czule go pocałowała. Nadal czuł smak kremu, który przygotowywała. Był przyjemnie słodki i zaostrzał apetyt na całość.
— Wiesz, że zawsze mogę... — mruknął, popychając ją lekko na blat. — Oprzeć cię o szafki... — Odwrócił ją tyłem do siebie i mocno naparł na nią swoim ciałem. — Myślisz, że nie wiem dlaczego masz na sobie tylko moją koszulkę... I nic pod spodem... — Wsunął ciepłe dłonie pod materiał. 
Jęknęła głośno, czując jego dotyk na udach. Przywarła policzkiem do zimnego blatu, mając wrażenie, że temperatura jej ciała nagle znacznie wzrosła. Leżała w oczekiwaniu na jakikolwiek ruch z jego strony, ale nic takiego się nie stało. Podniosła się i odwróciła oburzona. 
— Podziwiam... — mruknął, nachylając się nad nią i całując w odsłoniętą szyję. — Mógłbym też... — Podniósł ją i odwrócił w swoją stronę. — Kazać ci dalej piec. Podczas gdy ja... — Zsunął się w dół i klęknął.
Otworzyła szeroko oczy, odchylając się do tyłu. Zdecydowanie nie była w stanie dalej nic robić.

Podbiegła do drzwi, nawet nie sprawdzając jak wygląda. To był cud, że zdążyła się ogarnąć i skończyć piec ciasto. Bała się, że wszystko to skończy się jedną wielką porażką, a ona otworzy drzwi czołgając się po podłodze. 
James spojrzał na nią spod przymrużonych powiek. Wyjrzała na korytarz widząc, że jest sam.
— Nick zaraz przyjdzie... — powiedział podejrzliwie. — Czy wyście dopiero z łóżka wyszli?
— Komu potrzebne łóżko... — palnęła, dopiero po chwili rozumiejąc co powiedziała. Miała ochotę przywalić sobie w głowę. 
James uśmiechnął się tylko, unosząc do góry jedną brew. Dała mu własnie idealne pole do drwin i dokuczania jej cały wieczór. Była z siebie niewymownie dumna. Wykrzywił wargi w uśmiechu pełnym aprobaty i podziwu.
— Macie moje błogosławieństwo...
— Jakby ten człowiek go potrzebował... — mruknęła, nadal czując wargi Christophera na każdym skrawku swojego ciała. 
Jej przyjaciel wybuchnął głośnym śmiechem i ruszył w stronę salonu. Dziewczyna stała chwilę, czekając na Nicholasa, który wyszedł z windy kilka minut później.
— Powinienem pytać? — Uśmiechnął się szeroko, mijając ją w drzwiach.
— Ja pieprze! — krzyknęła zrezygnowana.
— No ja właśnie widzę... — mruknął i poruszył wymownie brwiami.
— Walcie się wszyscy!
Zacisnęła wargi i ruszyła za nim do salonu. Kiedy zobaczyła, że Christopher rozsiadł się już zadowolony na sofie, wyglądając jakby dopiero wyszedł od cholernego stylisty, wydała z siebie zduszony jęk i opadła na miejsce obok niego, ale w bezpiecznej odległości. Cała trójka siedziała wyszczerzona, jakby nie wiadomo co się wydarzyło.
— Jesteście beznadziejni... — warknęła, wbijając się w oparcie, jakby liczyła, że uda jej się schować. 
— Ktoś ci kiedyś musi podokuczać! — powiedział James, łapiąc Nicholasa za rękę. 
— Może porozmawiamy na wasz temat, co? — Rzuciła w jego stronę jedną z poduszek.
— Rozmowa o was jest znacznie ciekawsza...
Dziewczyna wypuściła głośno powietrze i zakryła twarz rękami.

— A pamiętasz, jak Miles wymyślił herbatniki z musztardą?! Zajadaliśmy się ty, a teraz jak o tym myślę to robi mi się niedobrze! — rzucił Ryan, wybuchając głośnym śmiechem.
— Cholera... Ja nie wiem czy na takiej wysokości zmieniają się smaki, czy jak, ale zajadaliśmy się herbatnikami kokosowym z musztardą... To brzmi tak abstrakcyjnie, że naprawdę nie wiem jakim cudem to przeszło przez nasze gardła — odparła Aurora, opierając się wygodnie o Christophera. — Szczególnie, że w tamtym tygodniu aż z ciekawości sobie kupiłam kokosowe herbatniki... To było straszne...
Na telewizorze co chwilę zmieniały się zdjęcia, a ona i Ryan raczyli przyjaciół opowieściami z obozu. Chłopak przygotował dla nich dal bhat w nieco lepszym wydaniu, jednak blondynka zrezygnowała z jedzenia, mówiąc, że nie wątpi iż jest to smaczniejsze niż tam na górze, jednak nie może na to patrzeć.
— Podobnie jest colą... — mruknęła. — Rany boskie, nie mogę patrzeć nawet na puszkę... Tam uważali to za świętość! Butelki święcili na pudży... Chyba potrzebuję czasu na odnowienie tego uczucia.
— Śmieszni ludzie! — krzyknął Ryan. — Na przykład taki Tenzing... — Wskazał na zdjęcie Szerpa Aurory, który na wyświetlonej akurat fotografii siedział z nią i coś tłumaczył. — Mieszka w Londynie... Na Everest wchodził już czwarty raz. Próbował ją nauczyć słów w swoim języku... Postawił sobie za punkt honoru, żeby potrafiła powiedzieć chociaż kilka rzeczy... 
— Jak ostatecznie wyszło? — wtrącił się zaciekawiony James.
— Tashi delek... — powiedziała, starając się przypomnieć cokolwiek. — To powitanie. Namdu to samolot... Sama. Jedzenie, bardzo ważne słowo. Szczyt to rigo, pamiętam bo ten człowiek tyle razy to powtórzył, że myślałam że nie potrafi mówić nic innego. I jest jeszcze kha tokpa. Lawina. Tego co mogło mi się przydać nie znałam! — rzuciła oburzona. — Może wtedy nie rozważałabym co to za biała mgła na nas leci, nie stała jak słup soli, tylko spieprzała jak inni... — dodała, szeroko się uśmiechając. 
Jej przyjaciele podziwiali ją za dystans do tej sprawy. Jak mówił im Ryan, dziewczyna była pod śniegiem przez kilka minut, na szczęście, Miles ją pokierował, bo była w takim szoku, że mogła stać i zostać zmieciona przez śnieg. Ponieważ nie byli w centrum, pewnie by przeżyła, jednak mogłoby ją znacznie mocniej poturbować. A tak, przez nieuwagę i dziwny tik, złamała tylko dwa palce i ze stresu chyba straciła na chwilę przytomność, ale miała powietrze do czasu, gdy ekipa wyciągnęła ją na powierzchnię. A teraz otwarcie się z tego śmiała. 
James obserwował uważnie przyjaciółkę, robiąc jej zdjęcia z ukrycia. Wtedy gdy nie widziała, była najbardziej zrelaksowana. Gdy pozowała wychodziła zjawiskowo, ale w takich chwilach, była po prostu piękna. Młoda i szczęśliwa. A o to mu chodziło. Więc gdy miał okazję, kierował na nią obiektyw. Poza tym, bał się, że to co mówiła wcześniej, że seks nie jest sposobem na rozwiązywanie problemów, okazało się kłamstwem. Ona była zbyt uczuciowa i emocjonalna. Nie chciał, żeby robiła coś wbrew sobie, byle tylko zatrzymać Christophera przy sobie. Więc patrzył. I widział jak mężczyzna przygląda jej się z zachwytem i podziwem, gdy ona podnosi się gwałtownie i opowiada coś z zapałem. Widział, jak ją czule obejmuje, głaszcze po ramieniu, jak całuje w czubek głowy. Nawet na chwilę nie tracił z nią kontaktu fizycznego, bo nawet jeśli się podnosiła, to albo trzymał ją za rękę, albo nadal głaskał po głowie. A James nie mógł się powstrzymać przed robieniem im zdjęć, bo wyglądali na wyjątkowo szczęśliwych, czego w ostatnich tygodniach brakowało. Ich oczy błyszczały i gdy mieli chwilę to szeptali coś do siebie, albo czule całowali. Z ich twarzy nie znikał uśmiech, co ogromnie go cieszyło, bo wiedział że dziewczyna zasługuje na szczęście. 
— Okey, muszę zadać to pytanie! Krzyknęła nagle Laura, zwracając na siebie uwagę wszystkich zebranych. — Dlaczego? Chodzi mi o to, że dla nas laików to nie do pomyślenia, że tam ktoś jeździ i tyle ryzykuje!
— Wspinaczka była dla mnie... wyzwoleniem. Od małego jeździłam w góry z rodzicami. Najpierw spacery, potem coraz trudniejsze trasy. Kilka razy wspinałam się w Alpach, byłam w Dolomitach i Andach, w Afryce i na Alasce. Nie liczę już nawet tras w Tatrach.  Po prostu w pewnym momencie... Pomyślałam, że to szczyt wszystkiego. Dosłownie i w przenośni. Pokonałam swoje demony, trudności, zakręty. Zdobyłam pięć ze szczytów Korony Ziemi. Co więcej mi pozostało niż to? Stanąć tam, na szczycie, gdzie nic i nikt nie może być wyżej, a powietrze jest tak czyste, że to aż boli... To był ostatni przystanek. To taki dowód zwycięstwa siły woli, nad ograniczeniami ciała. Osobiste wyzwanie... Wiem, że to dość... trudne do zrozumienia. — Aurora wzruszyła ramionami, jakby to było dla niej dość oczywiste, chociaż nie wiedziała czy w odpowiedni sposób to tłumaczy. — Tam na górze sprawdzasz swoją wytrzymałość. To nie hańba jeśli się zrezygnuje. To mądrość i siła, że potrafi się podjąć taką decyzję i zrozumieć, że to my jesteśmy ważniejsi a nie zdobycie szczytu. Samo podejście jest wystarczającym zaszczytem. Ile ludzi się na to decyduje? To uczy wspinaczy pokory wobec natury. Nepalczycy mówią, że to Everest wybiera, komu się uda. To ma trochę wymiar... duchowy... — zaśmiała się cicho. — Każdy ze wspinaczy ma w sobie szaleństwo. Trudno je wytłumaczyć, ale...
— Góry cię zaskarbiają. Zabierają część ciebie, dlatego chcesz wracać. Byłem tam trzy razy, ale... — dodał nagle Ryan. — Wróciłbym. To chore i popieprzone, ale bym wrócił... Zawsze ten wyjazd z Himalajów... Z jakichkolwiek gór... Jest cholernie przykry. Dwa miesiące żyjesz w namiocie, w bazie, z tłumem ludzi z całego świata, który tam na dole jest przyjazny i otwarty. To taka mała wioska, pełna ciekawych osób z ciekawą historią...
Aurora zaśmiała się głośno, przypominając sobie niektóre historie opowiadane przez ich sąsiadów.
— To coś, czego nie doświadczy się tu na dole... A jak się wraca to... jest trochę inaczej. Cóż, przede wszystkim... Można lepiej poznać siebie... Przemyśleć pewne sprawy... Nabrać dystansu do tego co na dole i... docenić to co się ma... — powiedziała cicho, łapiąc dłoń Christophera, która zwisała z jej ramienia. — Ale mówiłam to już Patrickowi na ślubie, każdy ma swój Everest. Dla każdego to coś innego. A osiągnięcie szczytu to naprawdę... przyjemne uczucie... Bo prowadzi do tego długa, trudna i pełna niewygód droga, ale jak się to wszystko pokona... Widok zapiera dech w piersi... — mruknęła w końcu.
— Wow... — powiedziała Laura. — Nie patrzyłam na to w ten sposób.

Podczas gdy wszyscy dyskutowali z Ryanem o życiu w obozie, Aurora wstała i ruszyła do kuchni, dając Patrickowi znać, żeby poszedł za nią. Mężczyzna podniósł się z fotela i aż do wyspy, został odprowadzony bacznym wzrokiem Laury i Christophera.
— Rozmawiałam z wujkiem... — powiedziała konspiracyjnie blondynka, stawiając przed nim szklankę z sokiem. Nie pił od samego początku, więc nie miała zamiaru go kusić alkoholem. — Nie znam się na tym za bardzo, ale dał mi namiar na tego gościa. To nowojorski oddział jego wytwórni. Powiedział, żebyś się zgłosił i może znajdą dla ciebie pracę...
— A jeśli tamci puścili informacje... Wystawili mi nowe cv w mieście? — Skrzywił się i wypił pół szklanki napoju na raz.
— Nie będzie brał tego pod uwagę. On podejmuje decyzje, ale musi dostać od nich oficjalne nagranie z twoją rozmową... W przyszłym miesiącu powinien być w mieście więc pewnie będzie chciał cię poznać...
— Rany... Nie spodziewałem się czegoś takiego... — powiedział, wpatrując się w szkło przed sobą.
— Nie spieprz. Poręczyłam za ciebie... — odparła, wychodząc z kuchni. Położyła obok niego wizytówkę. — Powiedz, że jesteś od Johna Sterlinga. Wiedzą, ale do ciebie należy teraz ruch... — Uśmiechnęła się lekko i wróciła do salonu, zostawiając go cały czas wpatrującego się w szklankę.

Chyba prawdą jest, że z gór ludzie wracają lepsi. Zwłaszcza ci, którzy nie wchodzą na nie, aby je wyłącznie „zaliczać”, ale by je również „przeżywać”, odkrywać ich duszę, a przy tym odkrywać też siebie. Majestat gór sprzyja przemyśleniom, nabraniu dystansu do życia, docenianiu tego, co ważne. Równocześnie daje też zastrzyk energii i motywuje do wyznaczania sobie kolejnych celów, sprawiających, że życie nie przecieka nam między palcami, wiemy, że żyjemy. W jednej z piosenek autorstwa Wojtka Bellona, którą swego czasu często śpiewało się przy bieszczadzkich ogniskach, są takie słowa: „Ty wyżej, wyżej bądź i dalej, niż ci, co się wyzbyli marzeń…”. Ja już wyżej być nie mogę, za to przyszedł czas na odkrywanie tego, co niżej i bliżej. Marzeń w każdym razie wyzbyć się nie zamierzam. Bo warto ciągle mieć nowe „Everesty” i dążyć do ich zdobywania (mowa nie tyko o górach.). Tak jak powiedział Szerpa Tenzing Norgay, pierwszy zdobywca najwyższego szczytu świata (wraz z Edmundem Hillarym): „Każdy ma swój Everest”. - Monika Witkowska

23 kwi 2017

#30 'video

— Hej ja... Zupełnie nie wiem co mam powiedzieć... Hmm... Jestem cała... Żadna lawina mnie nie porwała... To znaczy porwała, ale na szczęście nic się nie stało... Powybijałam palce i jestem poobijana, ale to nic takiego... Czuję się dobrze... Naprawdę dobrze... I ekhem... Przepraszam... Za wszystko...

*


Siedziała z kubkiem wypełnionym herbatą i otulona kocem. Na szczęście, okazało się, że ich mesa była w tak dobrym punkcie, że oprócz silnego chwiania i lekkiego przysypania śniegiem, nic się z nią nie stało. Aurora chwilę wcześniej dostała możliwość, żeby w końcu wykonać telefon, a lekarz obejrzał jej bolące palce i inne urazy. Na szczęście nie działo się nic niepokojącego. Po spędzeniu kilku minut pod śniegiem, miała tylko trochę otarć, powybijane palce, ale mogło być znacznie gorzej.
— Jak się czujesz? — spytał Ryan, siadając obok niej. 
Znaczna część ekipy odkopywała przysypane namioty i wyciągała ich rzeczy. Jej kazali zostać z boku i odpocząć. Była w zbyt dużym szoku, żeby kręcić się w okół i przeszkadzać w akcji ratunkowej. Miles był w znacznie lepszej kondycji, więc zabrał się za pomoc.
— Nie jest źle... — mruknęła.
— Chyba straciłaś na chwilę przytomność pod śniegiem. Ale lekarz mówi, że raczej nie doznałaś większych urazów. Kiedy cię wyciągnęliśmy powtarzałaś imię Chrisa.
— Widziałam go... — powiedziała spokojnie i upiła łyk ciepłego napoju. — Widziałam jakby tu był, jakby... Umierał w moich ramionach.
— A... Wiesz, że to nie było realne, prawda?
— No wiem. W końcu go tu nie ma. Ale chcę wrócić do domu. Najszybciej jak się da.
— Kochasz go...
Popatrzyła na niego i chociaż nic więcej nie powiedziała, jej wzrok mówił wszystko. 

*

To wszystko pokrzyżowało im plany. Zamiast opuścić Obóz Bazowy dwudziestego siódmego, wyszli dopiero dwudziestego ósmego. Do Lukli dotarli trzydziestego pierwszego po południu, gdy nie obywały się już loty do Katmandu. Do stolicy Nepalu dotarli rankiem pierwszego czerwca. Aurora z mocnymi otarciami i powybijanymi palcami w lewej dłoni, Ryan z licznymi stłuczeniami. Wylecieli do Dohy dopiero o dwudziestej pierwszej piętnaście i po prawie pięciogodzinnym locie, dotarli do stolicy Kataru na trzygodzinną przerwę. Potem czekała ich ponad trzynastogodzinna podróż.
Aurora oglądała jakiś film, przeglądała i obrabiała zdjęcia i skupiała się na sobie, bo jej towarzysz od razu ją opuścił, udając się do krainy snów. Nudziło jej się, a nie mogła się zdrzemnąć nawet na sekundę. Nadal nie mogła uwierzyć w to, co wydarzyło się przez ostatnie dwa miesiące. To było jak sen. Gdy stała przy samolocie w Lukli, miała łzy w oczach. Przyzwyczaiła się do obozowego życia. To miejsce było namiastką domu przez prawie sześćdziesiąt dni, zżyła się z ekipą. Kochała góry. Himalaje skradły jej serce. Trudy wspinaczki wynagrodziły widoki i to uczucie. I nagle poczuła się, jakby opuszczała bardzo ważne dla siebie miejsce. I wiedziała, że wróci. Chociażby tylko na trekking do Obozu Bazowego. Ale pewnego dnia wróci. Nawet pomimo lawiny i znalezienia się pod śniegiem na kilka ładnych minut.
Bała się powrotu i tego co ją czeka, jednak mimo wszystko się cieszyła, że znowu zobaczy bliskich.

Kiedy wyszli w końcu do hali, na Ryana niemal od razu rzuciła się Alice. Dziewczyna z widoczną ulgą przywitała narzeczonego w Nowym Jorku. Aurora stanęła z boku, speszona nieco ich namiętnym pocałunkiem. Blondynka rozglądała się na boki, nie chcąc dawać im do zrozumienia, że naprawdę marzy jedynie o wygodnym łóżku i wannie. Nie miała prawa ich pospieszać, więc czekała.
— Wybacz... — powiedziała w końcu Alice, podchodząc do niej i przytulając. — Udało ci się!
— Taaa... — mruknęła. — Przepraszam... Od dawna nie zmrużyłam oka.
— Och, oczywiście! Już jedziemy do Hamptons...
Aurora uśmiechnęła się blado i ruszyła za nimi, w końcu odbierając swoje bagaże i ciągnąc je za sobą w stronę parkingu.

Droga zajęła im dwie godziny. Blondynka nie zmrużyła oka, nie była w stanie. Bliskie spotkanie z Christopherem za bardzo ją stresowało. Nagle zmęczenie nie było takie istotne, ale serce biło znacznie szybciej. Nim się obejrzała, byli pod wielką rezydencją przy plaży. 
— Nie chciałam robić tego w domu. Organizatorka poleciła nam to miejsce. Część osób, będzie spała tutaj. Inni mogą u rodziców — powiedziała uradowana szatynka, otwierając przed nimi drzwi. — Reszta przyjedzie niedługo. Pokażę wam pokoje, możecie coś zjeść... Odsapnąć.
Jej pokój znajdował się od strony oceanu. Postawiła wielkie torby na podłodze, widząc, że jej kot śpi na łóżku. Podniósł łebek i miauknął witając się z nią po swojemu. Podrapała go za uchem i ruszyła pod prysznic. Nadal nie mogła się przyzwyczaić do ciągłej, ciepłej wody, która spływała na jej nadal obolałe ciało. Pominęła patrzenie w lustro. wiedziała co tam zobaczy: wystające kości, cienie, schodząca skóra, siniaki. Nie musiała teraz na to patrzeć. Nasmarowała się balsamem, nałożyła makijaż, wysuszyła włosy i ubrała krótkie spodenki i luźny i biały t-shirt. Sprawdziła czy nie zalała usztywnienia. Dopiero wtedy się przejrzała. Wyglądała nieźle, chociaż siniaki odcinały się od jej bladej skóry, a kończyny były znacznie chudsze niż przed wyjazdem. Dzięki wszelkim kosmetyką, jakie znalazła w swojej łazience, zniwelowała nieco sińce pod oczami, a za pomocą peelingu starła znaczną część suchej skóry. Włosy straciły blask, ale odżywka nieco pomogła ich kondycji. Aurora wiedziała, że kilka tygodni zajmie jej powrót do formy.
Odetchnęła i zeszła na dół, żeby coś zjeść. W kuchni znalazła Alice.
— I jak? Lepiej? — Uśmiechnęła się dziewczyna, stawiając przed nią szklankę z lemoniadą.
— Lepiej. Prysznic! Nawet w hostelach było średnio. Nie wspomnę o łóżkach. Zero wygód. Ale znośnie... Już nie mogę się doczekać nocy na tym cudzie na górze. 
— Normalne łóżko — zaśmiała się i podsunęła jej talerz z kanapkami.
— Wow. Kocham cię... Ser, szynka, pomidory... Awokado! — krzyknęła uradowana, łapiąc pierwszą i jedząc. Doceniała każdy kęs. Brakowało jej takich rarytasów I nagle smakowały sto razy lepiej. Zamruczała, gdy poczuła, że jedzenie się niemal rozpływa się w jej ustach.
— Nie wiedziałam, że po powrocie tak jest... 
— Kochana, po dwóch miesiącach bez takich rzeczy, nagle nabierają one nowego znaczenia. To jest właśnie magia wspinaczki... Potem inaczej patrzysz na to co cię otacza. Na takie drobnostki jak chleb na przykład, albo wygodne łóżko.
— Czyli nie żałujesz? — Dociekała Szatynka, opierając się łokciami o blat.
— Nigdy. Wiesz... Pomimo tych wszystkich trudności, niemal odmrożonych dłoni i stóp, wybitych palców, poobijania, schudnięcia, zmęczenia i osłabienia... Widoki, uczucie... Przeżycie tego... Nie da się tego opisać. Bezcenne. Warte każdej trudności, całego tego wysiłku. Wspinasz się na sam szczyt świata... Gdzie nic nie jest wyżej. Ponad głową masz tylko niebo, a dookoła pustą przestrzeń. Żadnych ograniczeń. Tylko czyste powietrze. Ocean gór i chmur. Cały świat masz u stóp i masz wrażenie, że nic cię nie jest w stanie powstrzymać czy ograniczyć. Ale też doceniasz to co masz tutaj, w domu. Kiedy wracasz, wiesz że pokonałaś ograniczenia ciała i umysłu. Strach, obawy i paraliż w większości przypadków siedzi w głowie. Wspinaczka uczy człowieka, żeby potrafić określić czy to jest wymysł, czy realne zagrożenie. Stamtąd wracasz jako inny człowiek. — Uśmiechnęła się szeroko i oparła łokciami o wyspę. — A przynajmniej ja zawsze się tak czułam.
— To gdzie teraz? — zapytała Alice, zatrzymując wzrok za Aurorą. 
— Nigdzie. Na razie kończę ze wspinaczką. Pięć z dziewięciu szczytów w Koronie Ziemi mi starczy. Zdobyłam Dach Świata. Osiągnęłam szczyt, który kiedyś wydawał mi się odległym marzeniem. Nadal nie mogę uwierzyć, że to się wydarzyło... — Na jej twarzy malował się szeroki, szczery uśmiech. Teraz, kiedy już była w Stanach, zaczęła czuć to wszystko. Dochodziło do niej co zrobiła i że w końcu wróciła do domu. I mogła odpocząć.
Zmarszczyła brwi, widząc że Alice wpatruje się w coś za nią. Odwróciła się i napotkała uważne spojrzenie Christophera. Zamarła na dłuższą chwilę, przełykając z trudem gulę w gardle. Miała wrażenie, że czas się zatrzymał na dłuższą chwilę, chociaż naprawdę trwało to zaledwie kilka sekund. Pospiesznie się odwróciła w stronę Alice. 
— Kochanie, zabrałeś wszystkie torby już? — Usłyszała nagle. Jej oczy otworzyły się szeroko. Poznawała ten głos doskonale. Nie musiała widzieć właścicielki.
— Pójdę zadzwonić do mamy. I mmm... Kilku innych osób, które we mnie wierzyły... — powiedziała, zabierając jeszcze jedną kanapkę i wychodząc z kuchni drugimi drzwiami. 

— Przestań... — zaśmiała się cicho do telefonu. — Teraz mi będziesz wciskał kit, że byłeś taki pewny? Co? Pewnie, że tak. Człowiek przyzwyczaja się do życia w namiocie. — Kolejny wybuch śmiechu. — Nawet sikanie na kamienie było zabawne. Nie wspomnę o zakładach innych ekip o to czy wejdę na szczyt... Podobno miałam za ładną buźkę. Widzieli we mnie lalunię z kasą, która ma widzimisię. Ale poważnie... Himalaje są... Niesamowite. Piękne i takie... Nieokiełznane. Ta lawina jest na to dowodem... Ta, kilka minut podobno. Nie wiem, nic z tego nie pamiętam. Wybiłam palce, ale to nic takiego. Byliśmy na boku lawiny, więc aż tak nas nie przysypało. Nieśmieszne, Pentz. Tak? To daj znać... — Odwróciła się w stronę drzwi, które akurat skrzypnęły. Wstrzymała oddech.
Mężczyzna stał oparty plecami o ścianę i przyglądał się jej uważnie.

— Opowiem ci wszystko i pokażę fotki, jak chcesz... — dodała, nie spuszczając wzroku z Christophera.

Patrzył na jej wychudzone ciało i pełne bólu oczy. Nie mógł znieść, że to on był powodem tego wyrazu twarzy, który pojawił się na niej, gdy tylko na niego spojrzała.

— Pięknie... Tyle ci zdradzę... — powiedziała cicho. — Muszę kończyć... Ale jesteśmy w kontakcie...
Rozłączyła się i spuściła dłoń. Nie do końca wiedziała co powiedzieć, ale czuła, że emocje ostatnich kilku tygodni czekają na wybuch. I gdyby nie incydent w kuchni, pewnie by przeprosiła, rozpłakała i błagała o wybaczenie. Ale nie. To sprawiło, że poczuła się zdradzona.
— Niepotrzebnie dzwoniłam, żeby powiedzieć, że mnie lawina nie porwała. Najwyraźniej ktoś inny zaprzątał ci głowę... —  mruknęła w końcu. Wiedziała, że za kilka minut muszą zejść na dół, bo Alice chciała jeszcze przed ślubem obejrzeć film. Chciała załatwić to raz na zawsze i mieć możliwość, żeby zaleczyć rany. — Chciałam przeprosić. Rany, ja nawet byłam gotowa błagać o przebaczenie i po co? Po to, żeby usłyszeć, że już się pocieszyłeś? Że ona w sumie miała rację, mówiąc że jestem tymczasową fascynacją i i tak, prędzej czy później, to ona będzie tą którą wybierzesz. Wow... — Wypuściła głośno powietrze, nadal nie mogąc ogarnąć tego wszystkiego. — Nie tego się spodziewałam po powrocie... Zawaliłam sprawę, wiem to doskonale. Nie wiem dlaczego stało się tak, jak się stało. Nie umiem racjonalnie wyjaśnić swojego zachowania. Strach? Niepewność? Być może. Ale wiem, że nie powinnam tego trzymać w sekrecie tak długo. Dzwoniłam, a ty odrzucałeś połączenia. Może mogłam przyjść przed wyjazdem, ale bałam się, że będzie tylko gorzej...  Ale ty... Zostawiłeś mnie w naprawdę kiepskim momencie. Zachwiałeś moją wiarę w siebie i moje umiejętności. Zachowałeś się jak tchórz... — powiedziała cicho, spuszczając głowę. — Złamałeś mi serce swoim strachem i brakiem wiary w moją siłę. Wyrzuciłeś ze swojego życia i zastąpiłeś inną... Ta rozmowa mogła wyglądać inaczej... Chciałam, żeby wyglądała inaczej... Liczyłam na to.
— Aurora! — Usłyszała z dołu głos Ryana.
Ruszyła w stronę drzwi, jednak gdy chciała wyjść, Christopher złapał ją łokieć i zatrzymał.
— Puść mnie... — szepnęła niepewnym głosem.
— Myślisz, że tak po prostu pozwolę ci odejść? — warknął, wwiercając się wzrokiem w jej twarz. Popatrzyła na niego pełnymi łez oczami.
— Proszę, Chris, puść mnie... — powiedziała ledwo słyszalnym głosem, nawet nie próbując się wyrwać. Po prostu stała zrezygnowana i czekała. Przeraziło go to, że nie miała zamiaru nic zrobić. Wolałby, żeby zaczęła krzyczeć i wyrzuciła z siebie wszystkie emocje. Jakby cała jej siła i energia gdzieś uleciały.
Poczuła jak rozluźnia uścisk. Spuściła głowę i dotknęła dłonią klamki.
—  Powodzenia... — mruknęła, wychodząc z pomieszczenia.

Zeszła do salonu i spojrzała na zebranych ludzi. Nawet nie zarejestrowała, kto tam siedzi, gdy poczuła jak James ją do siebie przytula.
— Ty cholero! — powiedział, ściskając ją mocno. — Daliśmy dupy.
— Ja dałam dupy. Ty się wkurzyłeś.
— Nie powinienem... Wiem przecież ile to dla ciebie znaczyło... — mruknął, wtulając twarz w zagłębienie jej szyi.
— A ja powinnam była powiedzieć wcześniej — powiedziała cicho, odwzajemniając jego uścisk.
— Zapomnijmy o tym... Bardzo mi ciebie brakowało... — dodał.
Objęła go mocniej i poczuła, że w końcu się rozluźnia. Chwilę później dołączyła do nich Laura, która w końcu mogła przytulić do siebie przyjaciółkę.
— Wyglądasz jak gówno... — powiedziała cicho, starając się powstrzymać drżenie głosu.
— Nawet nie patrzę w lustro — zaśmiała się Aurora. 
— Okey, panienki! Siadać. Mamy trochę do obejrzenia! — krzyknął Ryan.
Aurora zajęła obok Laury i Patricka. Chwilę później do pomieszczenia wszedł Christopher, siadając, ku niezadowoleniu blondynki, koło Victorii. Jednak starał się zachować bezpieczną odległość, wbijając się w oparcie sofy.
— Kiedy ty to zmontowałeś? — spytała dziewczyna, spoglądając na przyjaciela.
Wzruszył ramionami i uśmiechnął się szelmowsko. Od razu zaczęła żałować, że nie zażądała autoryzacji.

Całość zaczęła się od ujęć z Barcelony. Kilka krótszych filmików na których zwiedzali miasto, nieco dłuższe gdy prowadzili dyskusje na temat niektórych miejsc, albo ludzi. Na innych Aurora tańczyła na środku ulicy, na kolejnych ujęciach Ryan łapał facetów, którzy się na nią patrzyli.
— Przestaniesz w końcu? — warknęła po którymś takim fragmencie. 
— Tylu adoratorów! Aurora, do wyboru do koloru... — odparł głos zza kamery.
Dziewczyna siedziała akurat w niebieskiej sukience, na jednej z ławek i popijała kawę na wynos.
— Jasne. Właśnie widzę. Wiesz, Hiszpanie to nie moje klimaty.
— Temperamentni są! 
— Droga wolna, widzę jak ci się podobają. Zaopiekuję się twoją kamerą, pokazując w końcu coś ciekawego. — Wyciągnęła ręce w jego stronę.
— Auć! Uderzyłaś w moje ego.
— Ktoś w końcu powinien... — mruknęła, uderzając w jego ramię i podnosząc się z miejsca z uśmiechem.
Na filmie nie zabrakło fragmentu, gdy śpiewała w parku. Kilka ujęć pokazywało jak gonili się po plaży i próbowali lokalnych specjałów. Na ekranie głównie pokazywała się Aurora, bo Ryan ukrywał się za kamerą. Uśmiechała się, ale widać było, że najczęściej był to wymuszony uśmiech. Potem wrzucone były zdjęcia miasta i ich, które robili sobie nawzajem. Ryan nie pominął też kilku selfie, które zrobili sobie w trakcie pobytu w Hiszpanii.
Potem pojawiły się ujęcia z Polski. Na jednym, jechali samochodem w góry. Kamera była ustawiona pod przednią szybą. Nieco bardziej odprężona Aurora, śpiewała pod nosem.
— Life is a drink, and love's a drug... Oh now I think I must be miles up... When I was a river, dried up, you came to rain a flood...
— Kraków jest cudowny...
— Prawda? Absolutnie kocham to miasto...
— Nie chciałaś tu zostać? — zapytał Ryan, odwracając w jej stronę głowę.
— Artystom jest w tym kraju trudno. Szczególnie fotografom. Jeśli komuś się uda wybić to super... Ale ja nie chciałam tu zostawać... Zawsze ciągnęło mnie do Stanów — powiedziała z powagą.
— Dobra decyzja, bo Stany są super! Twoi rodzice nie zareagowali super ostro na rewelację o Evereście... — odparł nagle.
— Przywykli do durnych pomysłów. Trzy lata temu pojechałam do Czarnobyla. Dwa lata temu skoczyłam ze spadochronem... — Wzruszyła ramionami. — O, i mój tata się wspinał.
— Czas przeszły? — dopytywał.
Wypuściła powietrze z płuc.
— Mój tata i jego brat wspinali się od wielu lat. Ale nigdy nie starali się zdobyć Everestu. Kiedy mój tata poznał moją mamę, zwolnił... — Westchnęła głośno. — Najpierw były rodzinne wyjazdy, potem wspinaczka w Tatrach i coraz trudniejsze szlaki. Najpierw zdobyłam Mount Blanc we Francji. Miałam prawie osiemnaście lat i byłam cholernie dumna. Góra niby nie tak wysoka jak Everest, a jednak tylu niedoświadczonych wspinaczy próbuje wejść na szczyt, że znajduje się w dziesiątce najniebezpieczniejszych gór świata. A tu proszę. Niespełna osiemnastoletnia, niewielka nastolatka wspięła się ze swoim ojcem. Potem pojechaliśmy jeszcze na Elbrus. To były nasze jedyne wyprawy. Po tym ojciec zupełnie się wycofał. Potem... Potem wylądowałam w Afryce. Rok później wspinałam się na Kilimandżaro razem z ekipą. W sumie to niewiele to ma wspólnego ze wspinaczką. A największym problemem jest wysokość i aklimatyzacja. Kondycyjnie trzeba być bardzo wytrzymałym. Ale po Dachu Europy, stanęłam na Dachu Afryki. I było to cholernie dobre uczucie. Ostatnia przed McKinley z tobą była Aconcagua. Wykorzystałam zimowe ferie na pierwszym roku studiów. I bach! Nagle miałam za sobą Szczyt Ameryki Południowej. Potem wspinaliśmy się razem na Alasce.
— Wow. Czemu nigdy o to nie pytałem? — zaśmiał się chłopak. Dziewczyna rzuciła mu tylko pełen politowania uśmieszek. — Czyli jesteś mocniejsza niż ktokolwiek myśli. Zostaje jeszcze... Antarktyda i Australia. 
— Mhm... W sumie w Australii razy dwa. 
— Ach no tak. Wasza Korona Ziemi. To kiedy jedziemy?
— Nieprędko. Nie chodzi o zdobycie Korony... — Wzruszyła ramionami. — Chodzi o wolność i własne ograniczenia. Chodzi o... Nie wiem o co chodzi. Wydaje mi się, że zdobycie Dachu Świata jest moim ostatnim marzeniem.
— Chciałaś zdobyć szczyty kontynentów, które mają dla ciebie większe znaczenie... — powiedział jakby do siebie.
— Czy ja wiem... nigdy nie byłam w Ameryce Południowej i Afryce. Może kiedyś, w przyszłości mnie najdzie, żeby skończyć... — Zaśmiała się głośno i zatrzymała samochód. — Ale na razie mamy Tatry, wysiadaj.
Potem były tylko zdjęcia. Z Berlina, z Amsterdamu. Do ich wyjazdu do Nepalu, nie pojawił się już żaden film.

— Powiedz, że robisz sobie ze mnie jaja... — mruknęła, patrząc na wątpliwej jakości samolot. 
— Nie. Wsiadaj...
— Ktoś powinien tego zabronić... — szepnęła, niechętnie wchodząc za resztą ekipy do środka. 

Następny fragment, pokazywał ich trekking do bazy i pierwsze spotkanie z Everestem. Potem Obóz Bazowy i ich codzienność: wspólne posiłki w mesie, rozmowy, pudżę, przygotowania, noclegi i warunki.  Były ujęcia, gdy Aurora podziwiała góry ze łzami w oczach. Ich wejście aklimatyzacyjne, Icefall, Obozy i jej filmiki i zdjęcia ze szczytu. Był fragment z momentu gdy atakowała szczyt i rozmawiała z Ryanem przez radio. 
— Aurora, wszystko okey? — Usłyszeli jego głos w mroku. — Krzyknęłaś... Kurwa... — mruknął. — Wspinał się bez tlenu. Idź dalej. Cholera, wpadła na tego gościa co wczoraj zasnął koło Balkonu... 
— Tego Niemca? — Usłyszeli drugi, męski głos.
— Chyba. Ktoś inny wczoraj zmarł na górze?
— Nie, raczej tylko o nim mówili.
— Wyobrażasz sobie wejście od drugiej strony? Rany, nie weszłaby. Te ciała by ją skutecznie odciągnęły od szczytu.
— Byłem, widziałem... — mruknął ten drugi. Na ucho dużo starszy od Ryana. — Ten próbował bez tlenu. I podjął idiotyczną decyzję, że nie schodzi gdy wiedział, że nie wróci do obozu na czas. Został sam na drodze. Nawet gdyby ktoś chciał go uratować... Nie zdążyłby. Everest nie daje czasu na błędy i złe decyzje...

Potem pojawiły się filmiki Aurory na szczycie. Jak robiła zdjęcia, nawet jeden sama nakręciła odsuwając maskę z ust, mówiąc, że jej się udało i mimo zmęczenia, uśmiechając się szeroko. Jednak nigdzie nie było zdjęcia z flagą. 

Kolejny fragment był dość chaotyczny. Kamera leżała w namiocie i widać było jak wchodzi do niego Aurora, pada na ziemię i leży, oddychając głęboko, kaszląc co chwilę głośno. Nagranie zostało przyspieszone. Dziewczyna w końcu jęknęła i odwróciła głowę.
— Boli... — jęknęła.
— Co? 
— Płuca, nogi, ręce... Wszystko.
— Popatrz na mnie... — polecił, pomagając jej siąść. Popatrzył jej prosto w oczy. — Głowa? — Pokręciła przecząco głową. — Kręci ci się w niej? — Zrobiła to samo. — Niedobrze ci? — Powtórzyła. — Okey. Chcesz coś zjeść.
— Coś tak.
Znowu przyspieszenie.
— Myślałam, że czuję się okey, ale... W tym ostatnim odcinku wszystko zaczęło mnie boleć... Chyba dostałam ataku paniki.
— To nic. Udało ci się! — powiedział uradowany. Uśmiechnęła się pod maską i popatrzyła, jak wyciąga telefon satelitarny. Znowu przyspieszenie
— Zbierajcie się dzieciaczki. Idzie burza — mruknął, wyraźnie zdenerwowany. Aurora podniosła się do góry.
— Ale ja nie mam siły.
— To ją lepiej znajdź. Musimy zejść do "dwójki". — Lider ich wyprawy zachowywał się naprawdę dziwnie i niepokojąco.
Ostatnie ujęcie pokazywało jak dziewczyna ledwo idzie. Pamiętała... Wtedy, po raz pierwszy, zobaczyła panikę w oczach Ryana. Nie do końca chyba przyciął filmy i wszyscy zobaczyli jak słania się na nogach w drodze do Obozu II, a wzrok ma rozbiegany i nieobecny. To był ten moment, w którym myślała, że nigdy nie opuści tego miejsca.

9 kwi 2017

#29 'troubles

dwa dni wcześniej
Podniosła ciężkie powieki i rozejrzała się dookoła. Zupełnie nie pamiętała dojścia do obozu, nie wspominając momentu, gdy usnęła. Teraz, na zewnątrz było widno, a ona otulona była śpiworem. Odwróciła się w stronę Ryana, który siedział w kącie.
— Spałeś? — mruknęła.
— Trochę. Masz herbatę. Musisz się nawodnić i odzyskać siły. — Podał jej kubeczek i uważnie przyjrzał jej twarzy. — Lepiej się czujesz?
— Powiedzmy... — Skrzywiła się mocno i upiła łyk ciepłego napoju. — Dałam pokaz. Wstyd mi, że tak...
— Cicho. Nie twoja wina. Wiało. Nawet ja doszedłem tu ledwo żywy. A ty jesteś znacznie mniejsza, no i byłaś na szczycie. Nie twoja wina... — Uśmiechnął się do niej. 
— Która godzina?
— Dwunasta. 
— Wow. Ile przespałam?
— Doszliśmy tu około dziewiątej wieczorem. Co daje... Piętnaście godzin. 
— Cholera... Nawet nie pamiętam momentu powrotu do obozu... — Oparła czoło o zgięte kolana. — Rany... Do kiedy tu siedzimy?
— Do jutra. A raczej dzisiaj w nocy przekroczymy Icefall. Pogoda znowu ma się unormować... — powiedział, podając jej jedzenie, które wzięła z wdzięcznością. — Dobrze, że uciekliśmy. Na górze było kiepsko. Może i w "trójce" nie było tak tragicznie jak w "czwórce" ale targało namiotami, jakby chciało je wyrwać. Te górne podobno są przysypane... 
— Dobrze, że uciekliśmy... — Uśmiechnęła się blado. 
Miała zapadnięte policzki i oczy. Piętno wspinaczki mocno się nie niej odcisnęło i wyglądała na chorą, chociaż coś w jej oczach utwierdzało go w przekonaniu, że jest bardzo szczęśliwa. Cieszył się, bo nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś jej się tu stało. 
— Może wolisz wracać helikopterem?
— Żartujesz?! Weszłam tu na nogach i na nogach zejdę. — Jej szeroki uśmiech utwierdził go w przekonaniu, że mówi poważnie i czuje się znacznie lepiej.
— Nic ci nie jest po leku?
— Dostałam kopa na znaczną część trasy, ale sama końcówka. Serio, nic nie pamiętam. Szłam na oślep.
— Już jest okey... — Poklepał ją po ramieniu. 
— Nie przysporzyłam wam problemów?
— Skąd! Nadal jestem z ciebie cholernie dumny! 
Widziała, że chłopak czymś się przejmuje. Domyślała się, że chodzi o zbliżającą się datę ślubu i strach, że nie zdąży wrócić.
— Hej, damy radę... Wrócimy do Stanów na czas...
Mruknął coś pod nosem, uśmiechnął się i ułożył wygodnie, oświadczając, że idzie spać i ona też powinna.


kilka tygodni temu
— Więc ty możesz mi robić awantury z zazdrości, a ja tobie nie? — warknął, patrząc jak wchodzi do jego mieszkania.
Dwie godziny wcześniej wpadł na nią pod biurowcem, gdy wracał z lunchu. Stała z jakimś facetem, który dosłownie pożerał ją wzrokiem, a ona uśmiechała się słodko. Aż go wykręciło, gdy zobaczył jak gość kładzie jej dłoń na ramieniu. Chwilę później odszedł, a gdy Christopher w końcu znalazł się obok niej i rzucił komentarz na ten temat, wściekła się, stwierdziła że wyolbrzymia i poszła. Teraz stała opata o ścianę i przyglądała mu się uważnie. Miała na sobie obcisłe niczym druga skóra, czarne spodnie, skórzane botki i czarny dopasowany płaszcz. Rozpięła guziki i odsupłała szary szalik. 
— Nie zrobiłeś mi awantury, tylko chamsko zaznaczyłeś, że nie mam prawa rozmawiać z innymi mężczyznami... — odparła spokojnym tonem. Wiedział, że to cisza przed burzą. 
Poprawiła swoje białe włosy i popatrzyła lodowatymi, niebieskimi oczami, podkreślonymi ciemnym makijażem. Wyglądała pięknie. I gdyby nie fakt, że potrafił zapanować nad swoimi pragnieniami, teraz nie byłoby awantury. A ta wisiała w powietrzu niczym burzowe chmury.
Ledwo wytrzymywała, bo miała ochotę wykrzyczeć wszelkie żale. Była zmęczona, zdenerwowana i jedyne o czym marzyła to odpoczynek. Christopher siedział ubrany w czarne dresowe spodnie i czarny t-shirt. Miał potargane włosy i, jak zwykle, kilkudniowy zarost. Był tak przystojny, że dzisiaj, bez trudu, mógłby wygrać ich małą potyczkę. Tylko, że ona naprawdę nie miała ochoty na spięcia. 
— Masz prawo rozmawiać. Ale krew mnie zalewa jak widzę jak się wdzięczysz do nich, a oni pożerają cię wzrokiem, czy to takie dziwne?
— Ja się muszę mierzyć z twoimi adoratorkami non stop i jakoś nie robię ci awantur każdego dnia. A powinnam... — Uniosła nieco ton, ale nadal starała się być spokojna i opanowana.
— Tak jak ostatnio, co? Jak wpadłaś do mojego biura i wyzwałaś asystentkę mojego ojca od parszywych dziwek? Zresztą niezłe zagranie, z całą pewnością moi rodzice cię w zaakceptują.
— Nie szukam ich aprobaty, Christopher. Oni mnie nie zaakceptują nigdy. Twoja matka uważa mnie za chorą na głowę dzikuskę, która, zapewne, rzuca się na ciebie z powodu twoich pieniędzy, a twój ojciec to... cóż, trudno cokolwiek o nim powiedzieć, bo niewiele się odzywa, jest pod pantoflem twojej matki. Ale straszny z niego dupek, skoro szantażuje własnego syna, tak usłyszałam to i owo dlaczego nie chcesz rzucić tej roboty i dlaczego jesteś taki grzeczny w stosunku do nich i spełniasz wszystkie ich zachcianki. Nie chcesz mi mówić o co chodzi, nie ma sprawy, ale wybacz... — Teraz dało się wyczuć jej zdenerwowanie. Dotychczas atmosfera była gęsta, ale w tym momencie emocje sięgały zenitu i zaraz miały eksplodować. — Ja nie będę się przed nimi korzyć i błagać o akceptację, bo mam swoją godność. To od ciebie zależy czy chcesz to dalej ciągnąć czy nie... — Zakończyła swój monolog.
— Po prostu nie wiesz wszystkiego... — mruknął niezadowolony.
— Jasne. Bo ty mi nie chcesz powiedzieć. Ale wiesz co...
— Czekaj, czekaj... Kiedy to od twoich ulicznych flirtów przeszliśmy do tematu moich rodziców? — Podniósł się z miejsca i w podszedł do niej kawałek, nadal zachowują dystans.  Zmarszczyła brwi. 
— No tak. Jeden problem na raz. To nic nie znaczyło, Chris... Serio, gość mnie zaczepił, bo widział jak robię zdjęcia, zapytał się czy dla kogoś pracuje, albo sama pozuję. Nie twierdzę, że do mnie nie uderzał, a ja chciałam go tylko uprzejmie spławić...
— Uprzejmie spławić, co? — Jeszcze bardziej się do niej zbliżył. Widział, że się w niej gotowało, ale jakimś cudem trzymała nerwy na wodzy. — Nie wyglądało na to.
— Twoja zazdrość jest irracjonalna. 
— Twoja też była! 
— Kurwa... Ta laska. Siedziała. Na twoim. Biurku. Moment, rozchyliła by nogi i mógłbyś sprawdzić, czy miała na sobie tego dnia bieliznę!
— Rany, myślałem, że już wyjaśniliśmy sobie tę kwestię!
Mruknęła coś pod nosem i dźgnęła go palcem w tors.
— Nie flitowałam z nim. Był obleśnym zbokiem, który proponował, uwaga, zrobienie mi fotek, bo jestem, cytuję: cholernie seksi. Odmówiłam, bo marna ze mnie modelka, zdjęcia może mi robić tylko James, a nie jakiś napalony palant z ulicy. Szanuję się. 
Przyjrzał jej się uważnie. 
— Chris, jestem zmęczona. Siedziałam dzisiaj u agenta pół dnia, bo najpierw nie mógł skończyć spotkania, a potem przeglądał każde moje zdjęcie. Chciałam tylko posiedzieć i... odpocząć. Nie mam siły, na kłótnie i awantury.
Pogłaskał ją po ramieniu, a jego wyraz twarzy nieco złagodniał. Widział to zmęczenie. I chociaż wiele spraw jeszcze powinni wyjaśnić, nie chciał jej teraz drażnić. Objął ją i przyciągnął do siebie, zamykając w silnym uścisku. Czuł jak jej ciało powoli się poddaje i spięcie ustępuje. Poprowadził ją na kanapę, po drodze ściągając z niej szalik i płaszcz. Ułożył się wygodnie na sofie i pociągnął ją za sobą, powoli głaszcząc jej ręce i ramiona.
— Wybacz...
— Też bywam zazdrosna. To ja powinnam przepraszać, za ostatni wybuch. Przesadziłam.
— Fakt. Ojciec się wściekł.
Wypuściła głośno powietrze i przymknęła oczy, wsłuchując się w bicie jego serca.
— Ale naprawdę mnie to nie interesuje — powiedział cicho. — Wystarczy, że pracuję w jego firmie. Nie pozwolę, żeby wybierali z kim spędzę swoje życie. — Odgarnął jej z twarzy pasmo włosów. Czuł jak się uśmiecha.
— Wyjaśnisz mi kiedyś dlaczego nie możesz po prostu zostawić tej kancelarii?
— Wyjaśnię. Obiecuję. Ale na razie, odpocznijmy.
— Przepraszam... Czasem zachowuje się jak skończona suka... — powiedziała. Nim się obejrzał jej oddech się unormował, a ona zasnęła.


teraźniejszość
Mówili im, że przejście Icefallu to idiotyzm i nadmierne ryzyko. Ale tak samo było z zostaniem tam na górze. Wyszli w środku nocy, żeby jak najszybciej przekroczyć lodospad. Wszystko było jednym wielkim ryzykiem, ale nie powinni zostawać na górze. Ich baza na dole była w idealnym położeniu. W przypadku lawiny, byli osłonięci wielkimi głazami, dzięki czemu mieli się gdzie schować. Aurora nabrała nowych sił, ale była napędzana przez strach i niepewność. Widziała to też w oczach pozostałych wspinaczy. Nie szli sami. Większość ekip chciała opuścić Obóz I i II i znaleźć się w bazie. Byli na przedzie i sprawnie opuścili ten lodowy labirynt, będąc na prostej do ich starych namiotów i tych, którzy zostali na dole. Był dwudziesty piąty maja i Ryan poważnie zaczął się martwić, że do trzeciego nie zdążą wrócić do Ameryki. Pogoda, skutecznie utwierdzała go w tym przekonaniu. W namiotach wszyscy padli zmęczeni, tylko on od razu zaczął składać swoje rzeczy do plecaka. 
— Wyruszę pojutrze rano. Powinno mi zejście zająć trzy dni. Trzydziestego, rano wsiądę w samolot do Katmandu. Potem o dziewiątej wieczorem jest jedyny samolot z Katmandu do Dohy, przesiadka i do Nowego Jorku — mówił, gdy Aurora w końcu weszła do jego namiotu. — Wtedy trzydziestego pierwszego będę w Nowym Jorku. I pierwszego będę mógł jechać do Hamptons. 
— Okey. A teraz odpocznij, Ryan. Musisz się zrelaksować. Zdążymy...
Chłopak mruknął coś pod nosem i opadł na karimatę. Na zewnątrz było już ciemno i gwarny zwykle obóz stał się cichy. Wszyscy byli już zmęczeni i czekali na moment, gdy wrócą do domu.
— Zadzwonię do niej jutro... — powiedział cicho, zakrywając oczy rękami.
— Dobry plan. A teraz się prześpij... Wszystko jest zgodnie z planem...
— Mam cholernie złe przeczucia, Aurora...

Obudziły ją donośne głosy i uderzenia w namiot. Ledwo się z niego wyczołgała, została potrącona przez jakiegoś faceta. Krzyknęła z wyrzutem i rozejrzała się dookoła. W końcu, jej wzrok padł na Icefall. Dotychczas uważała, że osoby, które mówią: całe życie przemknęło mi przed oczami, trochę przesadzają. Wierzyła, że to tylko takie wrażenie, bo przecież to niemożliwe. Frazes powtarzany w kółko, który tak naprawdę nie ma miejsca. A jednak. Gdy uświadomiła sobie, że biała ściana porusza się bardzo szybko w ich kierunku i nie jest wyjątkowo gęstą mgłą, miała znaczną część swojego życia przed oczami. Szczególnie tą, gdzie miała coś na sumieniu i nie zdążyła się rozliczyć za błędy. Teraz, bała się że umrze. Że lawina pogrzebie ją razem z innymi. Że nie przytuli rodziców. Że nie podziękuje przyjaciołom. Że nie powie Chrisowi co czuje. Ale nie mogła się ruszyć. Stała jak sparaliżowana, patrząc jak ta ściana gna w jej kierunku. Dopiero teraz zorientowała się, że grunt pod jej stopami się trzęsie. Nie mogła uwierzyć, ze spała tak mocno, że tego nie poczuła. 
— Kurwa... — Usłyszała koło ucha i poczuła szarpnięcie. — Skul się, rękami osłoń głowę, twarz ukryj w dole, zrób niewielką przestrzeń, żeby móc oddychać.
— Nie powinniśmy uciekać? — powiedziała, spoglądając na Milesa pustym wzrokiem, jakby jej umysł się zupełnie wyłączył. 
— Skarbie, nie ma na to czasu. — Rozejrzał się dookoła. — Tutaj... 
Wykonała jego polecenie, po chwili rozumiejąc co się dzieje.
— Gdzie Ryan? 
— Nie widziałem go. Na pewno jest z resztą koło mesy. Spokojnie. Nie ma go w namiocie.
— Zginiemy? — załkała cicho, kuląc się i czekając na ostateczne uderzenie śniegu.
— Mam nadzieję, że nie — mruknął z brutalną szczerością.
Widziała ludzi, kulących się za namiotami. Widziała strach w oczach wszystkich dookoła. Widziała pędzącą w ich stronę tumany śniegu i lodu. A potem nagle nie widziała zupełnie nic.

Obóz był zniszczony. Namioty przygniotły kilogramy białego, zbitego śniegu. Ludzie, którzy byli na zewnątrz, starali się odnaleźć wszystkich towarzyszy, odkopując tych, którzy znaleźli się pod śniegiem. Widziała szok i niedowierzanie. Ból i desperację. Stała po środku swojej bazy i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Ludzie wołali, chodzili. A ona w osłupieniu stała i patrzyła na to wszystko. I nagle go zobaczyła. Szedł, potrącając kolejnych wspinaczy. Szedł do niej. Był zdeterminowany, widziała to w jego oczach. I nagle upadł. Zmarszczyła brwi, ale to spowodowało, że w końcu się ruszyła z miejsca. Podbiegła do niego i uklęknęła. 
— Chris... — wydukała, patrząc jak walczy o każdy oddech i trzyma się za serce. — Niech mi ktoś pomoże! — krzyknęła, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Klęczała przy nim, patrząc jak się męczy i powoli umiera. Krzyczała, błagała, płakała, ale nikt nawet na nich nie spojrzał. Odchodził. Nawet nie wiedziała co on tu robi. — Chris, nie zamykaj oczu... Proszę... Po coś tu przyjechałeś, musimy porozmawiać...
— Ja... — Próbował coś powiedzieć, ale wyraźnie miał problem. Był za wysoko. Dopadała go choroba wysokościowa. 
Płakała. Czuła jak łzy lecą po jej policzkach i momentalnie zamarzają. Było jej tak zimno. Dookoła niej było tak ciemno. Nikt jej nie chciał pomóc. A facet, którego kocha, umierał w jej ramionach.

2 kwi 2017

#28 'summit


— Jak to?! — spytała ze zdenerwowaniem. — Ja, bez ciebie? Nie dam rady, Ryan. Kiedy byłeś niedaleko czułam jakieś wsparcie... Wiedziałam, że mi pomożesz jeśli coś się wydarzy... Czułam się spokojniej, bo byłeś...
— Spokojnie. Jest Miles. Jest Tenzing. Pomogą ci jak coś. Masz siłę? — Pokiwała twierdząco głową. — Coś cię boli? — Zaprzeczyła ruchem głowy. — Wycofuj się jeśli cokolwiek jest nie tak. Masz zastrzyki w bocznej kieszeni. Masz zapas tlenu. Poczułaś się lepiej po wczorajszym?
Skinęła głową.
— Idź i zdobądź szczyt, Mała. 
— A ty?
— Będę tu czekał. Mam tlen, odpocznę przed zejściem. Pierwszy raz wchodzę bez Szerpa. Jestem zmęczony i boli mnie ramię. Ale to nic takiego... Nie martw się.
— Bądź ze mną w kontakcie — szepnęła błagalnie. 
Wiedziała, że się uśmiecha, chociaż przez maskę nic nie było widać. Pogłaskał ją po czapce. 
— Oczywiście.

Było koło dziewiątej wieczorem, gdy ich grupa wyruszała. Ryan nasunął czapkę mocno na jej czoło, poprawił latarkę, kamerkę GoPro i plecak. Dopiął rękawice i upewnił się, że jej buty są dobrze dociśnięte. A ona stała i czekała cierpliwie. Robił to, bo on po chwili mógł odpocząć, dla niej nawet schylenie się do butów, spowodowałoby zadyszkę.
— Wszystko gotowe — powiedział cicho. — Już blisko...
— Nie powinieneś być niżej? 
— Spokojnie. Tyle mogę tu być. 
Kiwnęła głową i spojrzała na pozostałych. Byli gotowi. Ryan szepnął coś do Milesa, który szedł przed nią. Tenzing, ruszył za nią. Była przerażona. Dochodziło do niej wszystko co się działo. Było ciemno, zimno, szła w nieznane, widząc tylko światło z latarki Milesa. Na razie czuła, że jest napędzana adrenaliną, ale wiedziała, że to niedługo się skończy, a pozostanie strach. Stawiała krok za krokiem. Przepięcie karabinka, przesunięcie jumaru, krok, po kilku powtórzeniach przerwa, dyszenie i znowu. Wszystko byłoby w porządku, nawet kaszel jakoś jej nie przeszkadzał, ale czuła, że marzną jej dłonie, pomimo bardzo ciepłych rękawic. Po pewnym czasie zaczęła się obawiać, że nie wróci ze wszystkimi na dół. Starała się w miarę możliwości ruszać nimi, żeby je rozgrzać i nie pozwolić zamarznąć. W końcu Miles jej je porozcierał i poczuła, że jest znacznie lepiej.
Okazało się, że z ich ekipy wspinają się jeszcze dwie osoby. Arthur wrócił już do "czwórki" i odpoczywał po zdobyciu szczytu, jednak Christina i jeszcze jeden wspinacz - Paul, zdecydowali się na późniejszy atak szczytowy. Oprócz nich na drodze znaleźć się powinno jakieś dziesięć innych osób, ale szli w tak dużych odstępach, że Aurora niemal całą trasę zrobiła w samotności, widząc tylko czołówkę Milesa gdzieś w oddali.

Po mozolnym odcinku wspinaczkowym, przyszedł czas na drogę po grani. Z jednej strony - Tybet, z drugiej - Nepal. Z jednej strony lot dwa i pół kilometra w dół, z drugiej trzy. Księżyc nieco rozświetlał widoki. Cieszyła się z kamerki na kasku, bo na razie nie musiała martwić się aparatem. A widoki, mimo nocy i mocno ograniczonej widoczności, były nadal zachwycające. A raczej magiczne. A czekał na nich wschód słońca. Kiedy doszła do Balkonu, poczuła, że o coś się potyka. Nie była pewna czy to kamień, czy kawałek lodu. Spojrzała w dół i zobaczyła zamarzniętą twarz. Serce załomotało jej w piersi i miała wrażenie, że dźwięk roznosi się po całej okolicy. Cieszyła się, że nie upadła, bo pewnie miała by problem z powrotem do pionu. Stała chwilę, uspokajając oddech. I tak powinna gdzieś niedaleko zrobić krótki postój. Równie dobrze mogła to zrobić przy martwym wspinaczu. Emocje przepłynęły przez nią błyskawicznie: strach, współczucie, znowu strach i mobilizacja, żeby nie wylądować obok niego.
— Aurora, wszystko okey? — Usłyszała.
— Mhmm... Czemu?
— Krzyknęłaś.
— Ja... Znalazłam kogoś...
— Kurwa... — mruknął Ryan. — Wspinał się bez tlenu. Idź dalej. — Ta informacja wiele jej wyjaśniała.
— Idę...
To było dość przerażające, że tu w górach obojętnieli na takie rzeczy. Śmierć zaglądała na Everest częściej niż Aurora była tego świadoma i każdy martwił się, żeby nie dołączyć do tego grona, które zostało tu na zawsze. Najważniejsza była własna ekipa. Najważniejsze było własne życie. W tym miejscu trzeba było maksymalnie się skupić by nie popełnić błędu, który może kosztować życie, kontrolować siły i realnie ocenić możliwości. A ona czuła się całkiem nieźle jak na taką wysokość. Wprawdzie marzły jej ręce, ale nadal mogła poruszać palcami. Podobnie było ze stopami.

Po pokonaniu Uskoku Hillary'ego, który jest wymagający i technicznie i fizycznie, w końcu była na prostej na szczyt. Co jakiś czas nawiedzały ją myśli, żeby sobie odpuścić, bo jest zmęczona, bo nie da rady, bo traci oddech, bo odmarzają jej stopy, ale chwilę później oprzytomniała, powtarzając sobie, że już bliżej niż dalej, że tyle pokonała, że ograniczenia są w jej głowie, a Everest był dla niej bardzo łaskawy. Kolejki na szczyt nie było, chociaż kilka dni temu, gdy było bum na atak, wspinacze czekali godzinę, żeby dostać się na wierzchołek. Dzisiaj, wspinało się znacznie mniej osób i wiedziała, że nie będzie musiała czekać. Przed samym szczytem odwróciła się, żeby sprawdzić gdzie Tenzing. Był kawałek za nią i dzielnie się wspinał. Słońce powoli wschodziło ponad horyzont, oświetlając Himalaje. W pierwszym odruchu dziewczyna chciała płakać. W tym miejscu było tak pięknie, że była pewna, że nie będzie nigdy w stanie tego opisać słowami. Wysokie góry, chmury zasłaniające ich niższe partie. Ale tylko od strony tybetańskiej. Nepal był pokazany w całej krasie, bez grama białych obłoków. Stłumiła wzruszenie, bo łzy by zamarzły i jeszcze mocniej podrażniły i tak czerwoną już skórę.


Wiedział, że atak szczytowy trawa kilkanaście godzin. Cały czas miał ją na słuchawce. Mówił do niej od chwili gdy późnym wieczorem wyszła z namiotu, prosząc by co jakiś czas powiedziała słowo, żeby wiedział że jest cała i zdrowa. Cierpliwie czekał aż dziewczyna da znak, że jest na szczycie. Wiedział, że tam dojdzie. Była zbyt silna, żeby odpuścić. Wierzył w nią i w jej umiejętności, wiedząc jednak, że to Everest podejmuje tutaj ostateczne decyzje. Kiedy czas jej dojścia na szczyt się zbliżał, wyszedł z namiotu i spojrzał do góry. Było tak blisko. A jednak on stał tutaj, pierwszy raz nie wspinając się do końca. Aurora milczała od dłuższego czasu. Ostatnio wspominała, że jest bardzo zmęczona i zmarzły jej palce u stóp, a w dodatku kaszel się wzmógł. Sekundy były jak godziny. Nagle zamilkła zupełnie. Nie słyszał oddechu, kaszlu, nic. Wszystko wokół niego zamarło. Miał wrażenie, że nawet wiatr przestał wiać, czekając na ostateczny wyrok.
— Kurwa... — Usłyszał po drugiej stronie. Odetchnął z ulgą.


Na szczycie stanęła o szóstej dwanaście czasu nepalskiego, dwudziestego trzeciego maja. Przywitał ją Miles i Christina, którzy zdobyli Everest kilka minut wcześniej. Ona, dotarła tam ledwo żywa i zmęczona, ale to wszystko schodziło na drugi plan przy radości, wynikającej ze wspięcia się na Dach Świata. Wiedziała, że ma przed sobą jeszcze zejście, ale teraz, liczyło się to że stała i wpatrywała się w ocean gór, które oświetla pnące się po niebie słońce. Nie wiedziała jak zareagować na to co zobaczyła. Jeśli krajobrazy dotychczas były piękne, tutaj było oszałamiająco. Chwilę stała zaszokowana, nie mogąc wydobyć z siebie ani jednego dźwięku. Słyszała spanikowany głos Ryana w słuchawce.
— Kurwa... — szepnęła. — To miejsce jest... nieziemskie.
Nadal to do niej nie dochodziło. Stała w miejscu, gdzie nikt nie był wyżej. Była ponad wszystkimi i wszystkim. Pod stopami miała chmury i inne szczyty. Dookoła pustą, ogromną przestrzeń. Nie myślała o problemach i smutku, który cały czas, siedział gdzieś z tyłu jej głowy. Teraz liczył się szczyt. Liczyło się to, że dotarła. I to, że Jemu też by się tu podobało. I nagle, w miejscu gdzie była wolna, gdzie nic jej nie ograniczało, pewna myśl... uczucie, uderzyło w nią niczym pociąg. Kochała go. Całym swoim niewielkim sercem, kochała Christophera i chciała do niego wrócić. Nie wyobrażała sobie, żeby nie odzyskali tego co mieli. Bo wtedy odniosłaby porażkę znacznie większą niż zostanie w Himalajach na zawsze. Wtedy spadłaby z tej wysokiej góry, boleśnie uderzając o ziemię.
Poczuła jak Tenzing dociera tuż za nią. Trzymał w ręce niewielki aparat, którym wykonał kilka zdjęć na dowód, że doszła. Wiedziała, że ma niedużo czasu na zapamiętanie tego widoku. Wyciągnęła niewielką flagę, którą dał jej Ryan i po uwiecznieniu jej na fotografii, sama zabrała się za robienie pamiątek. Zrobiła jedno zdjęcie panoramiczne dookoła własnej osi, kilka zdjęć krajobrazu, nagrała filmik, wykonała jakieś jedno selfie i zaczęła zbierać się do zejścia. Tenzing z zapałem zajmował się jej drugim aparatem i podczas gdy ona uwieczniała widoki, on uwieczniał ekipę. Szczególnie często celował obiektywem w stronę dziewczyny, która na moment zdjęła maskę i odetchnęła tym czystym powietrzem, uśmiechając się przy tym szeroko. Jednak szybko założyła ją z powrotem, wdychając zbawienny tlen. Stała tam około dziesięciu minut, puszczając przodem dwójkę pozostałych wspinaczy. Miała wrażenie, że właśnie patrzy na cały świat.
Nie mogła uwierzyć, że jej się udało, że mimo wątpliwości niemal wszystkich, ona stała na szczycie świata, z którego miała ochotę głośno wykrzyczeć swoją radość. Marzyła, by zostać tam trochę dłużej i upajać się tym widokiem. Prawda była niestety taka, że organizm domagał się odpoczynku. Nogi zaczęły być cięższe, płuca paliły, a mięśnie bolały niemiłosiernie. Ale musiała jeszcze się wysilić, żeby wrócić. Bo sukcesem nie jest zdobycie szczytu, ale powrót z niego na dół. Problem polegał na tym, że nawet schylanie się, powodowało zadyszkę i zmęczenie. Ruszyła w kilkugodzinną drogę powrotną do Obozu Czwartego, mając na uwadze, że niedługa przerwa i musi zejść jeszcze niżej.
Jej Szerpa jak zwykle ruszył za nią, starając się ją asekurować. Co chwilę mijali ją ci, którzy dopiero wchodzili. Wiedziała co czują. Ona też trochę się denerwowała, że inni mają już wspinaczkę za sobą. Teraz jednak była zmęczona, więc mimo iż może technicznie było łatwiej, łatwiej też było stracić czujność. Wolno stawiała kolejne kroki, starając się zminimalizować ryzyko. Na Balkonie zmieniła pustą butlę na nową i zatrzymała się na kilka minut, żeby odpocząć. Nie tylko ona wybrała to miejsce na postój, bo Miles też czekał w tym miejscu.
— I co? — zapytał, gdy do niego podeszła.
— Wow... — Nie potrafiła wydusić z siebie nic więcej. Nadal była porażona pięknem tego miejsca i uczuciem zdobycia  Dachu Świata.
— Jeszcze trochę... — Poklepał ją po ramieniu i sam ruszył w dół.

Mięśnie płonęły, jakby ktoś wlał w nie benzynę i podpalił. Na płuca naciskała niewidzialna siła, a głowa była ciężka jak ołów. Potrzebowała tylko usiąść... Tylko na chwilkę, żeby uspokoić organizm. Zejście zdawało się nie mieć końca. Miała wrażenie, że nigdy już nie opuści tej góry i będzie schodzić do końca swojego życia. Wiedziała, że widoki były tego warte, jednak zmęczenie dawało jej w kość. I nie była pewna czy da radę wrócić. Ale musiała. Więc parła dalej, by tylko dojść do obozu.

Stał przed namiotem i wyglądał na resztę zespołu. Były okolice dziesiątej trzydzieści, a to oznaczało, że jej atak szczytowy trwał ponad trzynaście godzin. Martwił się w jakim stanie wróci, szczególnie, że prognozy pogodowe nie były optymistyczne. Wracali w odstępie kilku lub kilkunastu minut. Czekał. I w końcu ją zobaczył. Szła, a zaraz za nią Tenzging, który ją asekurował. Dopadła do Ryana i uwiesiła się na nim ledwo oddychając. Wprowadził ją do namiotu i położył. Leżała ponad trzydzieści minut niemal bez ruchu. Jedynie unosząca się klatka piersiowa dowodziła, że dziewczyna żyje. Nie mówił nic, bo wiedział jakie to uczucie. Pozwolił jej odpocząć i uspokoić organizm.
Po pół godzinie lekko się ruszyła.
— Boli... — jęknęła.
— Co?
— Płuca, nogi, ręce... Wszystko.
— Popatrz na mnie... — polecił, pomagając jej siąść. Popatrzył jej prosto w oczy. — Głowa? — Pokręciła przecząco głową. — Kręci ci się w niej? — Zrobiła to samo. — Niedobrze ci? — Powtórzyła. — Okey. Chcesz coś zjeść?
— Coś tak.
Wyciągnął zrobione pospiesznie liofilizanty i jej podał.
— Prześpij się chwilę. Obudzę cię jak wyruszymy.
— Szybko. Chcę się wydostać z tej strefy jak najszybciej się da. Ryan... A co jeśli nie dam rady zejść? Zmęczona jestem — powiedziała, z nieukrywaną paniką w głosie.
— Dasz radę, Mała.
— Myślałam, że czuję się okey, ale... W tym ostatnim odcinku wszystko zaczęło mnie boleć... Chyba dostałam ataku paniki.
— To nic. Udało ci się! — powiedział uradowany.
Uśmiechnęła się pod maską. Usnęła chwilę później.
Kiedy ponownie otworzyła oczy, nie miała pojęcia ile czasu spała, ale nadal czuła zmęczenie. Może już nie takie duże, ale jednak... Widziała jak Miles siedzi w kącie i rozciąga ramiona, a Ryan wyjmuje telefon satelitarny.
— Do kogo dzwonisz? — mruknęła.
— Alice.
— Przecież w Nowym Jorku jest noc! — Obruszyła się, podnosząc z miejsca.
— Chciała dostać informacje od razu. Pominę, że minęły ponad dwie godziny.
Aurora opadła na karimatę.
— Hej... Mam nadzieję, że cię nie obudziłem. Naprawdę? Jedziecie do miasta? — Blondynka spojrzała na niego uważnie. — Jak idealnie. Tak, Aurora właśnie wróciła. Nie, kochanie. Ja nie wszedłem. Nie, wszystko w porządku, byłem zmęczony, stwierdziłem, że nie ma sensu ryzykować. Tak, weszła, zdobyła. Rozpiera mnie teraz duma. Co ona? Aurora, co ty na to?
— Spierdalaj... — mruknęła, nakrywając się szarfą od lamy.
— Co? Nie. Zmęczona jest. Dwie godziny temu wróciła... Najadła się strachu, bo zaczęła panikować. Ale twarda z niej babka.
Rozmowę przerwało pojawienie się Arthura.
— Zbierajcie się dzieciaczki. Idzie burza — mruknął, wyraźnie zdenerwowany.
Aurora podniosła się do góry.
— Ale ja nie mam siły.
— To ją lepiej znajdź. Musimy zejść do "dwójki". — Lider ich wyprawy zachowywał się naprawdę dziwnie.
— Pogoda była okey... — powiedział cicho Miles, w końcu się podnosząc.
— Ale dzwonili z dołu. mówią że od strony tybetańskiej idzie nawałnica. Część osób już zawraca z ataku szczytowego. Gorzej z tymi co są na szczycie. Tu jest niebezpiecznie. W "trójce" może być różnie. "Dwójka" jest najlepszą opcją. Także zbierajcie się. Daję wam dziesięć minut na ogarnięcie się. Nikt z naszych tu nie zostanie... — Zniknął na zewnątrz.
Wtedy Ryan zorientował się, że nadal ma włączony telefon.
— Kochanie, spokojnie. Tak. Odezwę się z bazy na dole. Spokojnie. Nic nam nie będzie.
— Ryan... Ja naprawdę nie wiem czy zejdę... — powiedziała Aurora, czując, że znowu dostaje ataku paniki.
Siadł na przeciwko niej. Cieszył się, że podczas ich nieobecności, zdążył spakować większość rzeczy.
— Okey, zapas tlenu masz. Wiem, że boli, Mała. Ale musimy iść. Jeśli Arthur tak się zachowuje, to znaczy że burza jest naprawdę groźna. Mogę ci podać dexę, jeśli poczujesz się lepiej... — Położył jej dłoń na ramieniu, licząc, że to ją uspokoi w jakikolwiek sposób.
— Tylko w ostateczności...
— Miles?
— Gotowy... — mruknął, opuszczając namiot.

Jeśli wtedy była zmęczona, to teraz ledwo żyła. Dowlekli się do "dwójki" późnym wieczorem. Ryan i Tenzing cały czas ją asekurowali. Gdy zaczęła się słaniać na nogach chłopak nawet nie pytał. Chwycił strzykawkę, odsłonił odpowiednie miejsce i podał jej lek. Widział, że źle z nią. Jest zmęczona, nogi odmawiają posłuszeństwa, ręce coraz częściej nie łapią lin. Ostatnie metry pokonali już przy silnym wietrze i opadach śniegu. Wiedzieli, że nawałnica się zbliża i muszą się pospieszyć. Doprowadził ją do namiotu i położył do śpiwora. Miles, zdążył już przygotować dla nich coś do jedzenia i picia, a Christina odpocząć na tyle, żeby obejrzeć dziewczynę. Ona i Ryan stłoczyli się w namiocie, nad nadal trzęsącą się blondynką.
— Wygląda mi na duże zmęczenie. Przez pogodę trochę tu posiedzimy, więc powinna się zregenerować. Odpocznij, a potem przygotuj jej coś pożywnego do jedzenia i dużo picia. — Pogłaskała ją po głowie.
Blondynka nadal oddychała głęboko, ale jej oczy były zamknięte, co oznaczało, że odpoczywa.
— Jakby co, jestem w namiocie obok. Ale nie powinno się nic wydarzyć...
Kobieta wyszła i zostawiła ich samych. Ryan starał się odpocząć, ale całą noc obserwował Aurorę. Wiedział, że to jeszcze nie koniec. Został im Icefall i domyślał się, że zagrożenie lawiną znacznie wzrosło. Musiał ją dowieźć do Nowego Jorku całą i zdrową, chociażby miał zawalić noc, żeby czuwać.

*

Nowy Jork
Christopher kręcił się po mieszkaniu, przygotowując obiad i słuchając jednym uchem wiadomości. Niekoniecznie docierało do niego to co mówił spiker. Jego sprawa była trudna i męczyła go niemiłosiernie, w dodatku miał wyrzuty sumienia i brakowało mu Aurory. Nie spał, mniej jadł i powoli zaczynał wyglądać jak duch. Przydałyby mu się wakacje. Długie wakacje. Najlepiej na bezludnej i bezmedialnej wyspie, gdzie telefon leżałby ukryty głęboko pod łóżkiem, a on wylegiwałby się na gorącym piasku, co chwilę schładzając się w wodach oceanu. Ale nie. On był w Nowym Jorku, którego zaczynał mieć chwilowo dość.
— Wczoraj wieczorem, w Himalajach, zeszła lawina, która pokryła śniegiem niemal cały Obóz Bazowy pod Everestem, w którym przebywało ponad 1000 osób z całego świata... — Oderwał się od tego co właśnie robił i pogłośnił telewizor. — Z informacji wynika, że Obóz Pierwszy został doszczętnie zniszczony, ale nikt, akurat w tym czasie, w nim nie przebywał. Znajdujący się na wysokości 5334 metrów obóz aklimatyzacyjny został mocno naruszony. Icefall jest chwilowo nie do przejścia, z naszych ustaleń wynika, że część wspinaczy utknęła ponad nim. Obozy od II do IV są zniszczone, ale nikt w nich nie ucierpiał. Nadal nieznana jest liczba ofiar, przypuszcza się, że co najmniej dziesięć osób straciło życie. Służby ratunkowe cały czas pracują na miejscu katastrofy, pomagają wydostać się spod śniegu poszkodowanym, sporządzają listy osób, które powinny być w tym miejscu i szukają potencjalnych ofiar. Grupa wyruszyła także w wyższe partie gór, aby sprawdzić co z pozostałymi...
Mężczyzna rzucił się w stronę telefon i wybrał numer siostry.
— Alice...
— Słyszałeś?
— Proszę, Alice, powiedz, że oni już zeszli.
— Chris... Nie rozmawiałam z Ryanem od czterech dni.

19 mar 2017

#27 'last part

Naprawdę była na niego zła. Cały kolejny poranek się nie odzywała, po czym podjęła decyzję, że rusza we wcześniejszej ekipie do Pheriche na wysokości czterech tysięcy dwustu siedemdziesięciu metrów na regeneracyjny rest. Potrzebowała odsapnąć od Ryana i jego genialnego pomysłu, żeby na kilka dni przed wyjściem na szczyt usłyszała głos Christophera, za którym tak cholernie tęskniła. Nadal będąc przekonaną, że wszelkie niedogodności podczas wspinaczki to kara za to jak go potraktowała. Czuła, że to nie koniec, bo chodziła nieco nabuzowana od nadmiaru emocji i bała się, że po powrocie do Stanów jeszcze go skrzywdzi.
Po śniadaniu ona, Arthur i Miles zebrali swoje rzeczy i ruszyli w dół. Reszta chętnych, miała dołączyć do nich jutro. Szli szybko, bo po aklimatyzacji mieli znacznie więcej energii. Miles zagajał ją rozmową, widząc że nie ma najlepszego nastroju. Robił wszystko, żeby ją nieco rozweselić. Włącznie z zamówieniem jej, po dojściu na miejsce, wielkiej porcji frytek z filetem z kurczaka i warzywami. Nawet nie zdawała sobie sprawy jak brakuje jej takiego jedzenia i jak bardzo ono cieszy. Nagle tak przyziemna rzecz jak frytki, sprawiały że czuła się znacznie lepiej. Po obżarstwie jakie sobie zafundowali w towarzystwie innych wspinaczy z całego świata, wynajęli pokoje, w których zamierzali odpocząć. Aurora doceniała działającą spłuczkę, w miarę normalny prysznic i wygodny materac, na którym spędziła cały wieczór. Nagle takie drobnostki jak miękkie łóżko czy zwykły natrysk sprawia radość. Łazienka w bazie była wyjątkowo nieprzyjazna: wszelkie potrzeby trzeba było załatwiać w namiocie latrynowym na kamienie, albo do beczki, która potem była znoszona niżej. Wprawdzie mieli namiot prysznicowy, do którego trzeba było wnieść termos z gorącą wodą i polewać się zostawioną tam słuchawką, ale wiadomo, że przy takiej pogodzie i opuszczaniu tego miejsca zaraz po myciu, nie chciało się korzystać z tego tak często jak w normalnych warunkach. Pamiętała jak po każdej wspinaczce doceniała takie, wydawało by się, zwykłe rzeczy. Człowiek zaczyna inaczej patrzeć na to co go otacza. Mimo iż lubiła luksus i cieszyła się, że mogła sobie na niego pozwolić, wiedziała, że gdyby miała malutką kawalerkę z ciepłym kocem, kątem do spania i działającą łazienką, wytrzymałaby. 

Następny dzień planowała prawie w całości spędzić na surfowaniu po Internecie i nadrabianiu wszelkich zaległości. Włożyła słuchawki do uszu, a ponieważ tylko w jadalni było ogrzewanie, zajęła jakieś dogodne miejsce, w którym nikt jej nie przeszkadzał i zabrała się za sprawdzanie poczty i stron informacyjnych. Dopiero po dłuższym czasie, poczuła dłoń na ramieniu. Podniosła wzrok i wyciągnęła słuchawki. Ryan zajął miejsce obok niej. Włosy miał rozwiane i pachniał wiatrem. Słyszała jego wycie na zewnątrz, ale nie myślała, że jest tak silny.
— Przepraszam...— mruknął, siadając obok niej.
Nie odezwała się. Westchnął głośno.
— Myślałem, że poprawi ci się nastrój jak usłyszysz jego głos. Zawsze jak dzwonię to Alice mówi, że Chris o ciebie pyta.
— Zostawił mnie, Ryan. Zerwał ze mną, dał do zrozumienia, że nie chce mieć z moją osobą nic wspólnego, a to boli...
— Powiedział to w zdenerwowaniu. 
— Wiem... — Spuściła głowę i popatrzyła na swoje dłonie.
Miała mieszane uczucia. Z jednej strony go rozumiała, z drugiej, jego słowa były bardzo okrutne i wypowiedziane w zupełnie nieodpowiednim momencie, bo ciągle o tym myślała. Wiedziała, że po powrocie będzie musiała to wszystko rozwiązać. Liczyła, że to tego czasu uspokoi się i nie powie kilku rzeczy za dużo. Nie mogła tego znowu zepsuć.
— Jak chcesz być na mnie zła, to bądź po zejściu. Teraz musimy sobie pomagać... — dodał, kładąc jej rękę na ramieniu.
Uśmiechnęła się, dając do zrozumienia, że wszystko jest okey.

Do bazy wrócili trzynastego maja. Kręciło się po niej niewiele osób, bo znaczna część wspinaczy była już na górze, czekając na okno pogodowe. Ich ekipa się cieszyła, bo to oznaczało, że na drodze nie powinno być tłoku. Czternastego odpoczywali, a piętnastego pakowali wszystkie rzeczy. Część już w nocy wyszła w górę. Aurora, Ryan, Arthur i Miles mieli wyjść szesnastego około pierwszej w nocy. Pasowało im to, bo zgrali się wystarczająco, żeby sobie ufać i pomagać w razie potrzeby. Ostatnie godziny przed snem wszyscy spędzili razem w mesie, na sprawdzaniu ekwipunku i dopasowaniu sprzętu. Można było odnieść wrażenie, że są podekscytowani, napędzani adrenaliną i innymi silnymi emocjami. Nikt nie przyznawał się do lęku, ale z całą pewnością wszyscy go odczuwali. Aurora od południa czuła dziwny uścisk w żołądku, jakby zaraz miała zwymiotować. Wiedziała jednak, że to tylko stres i pewnie niedługo przejdzie. Faktycznie, gdy wpadła w szał przygotowań, zupełnie zapomniała o bolącym brzuchu. Przypominało jej się tuż przed snem, gdy była sama w namiocie. 

*

Pominęli Obóz I i od razu poszli do drugiego, żeby mieć dodatkowy dzień przerwy. Sam lodospad przeszli szybciej i sprawniej niż ostatnio. Tak jak ostatnio, blask księżyca nieznacznie oświetlał wielkie bryły lodu. To miejsce wyglądało zupełnie inaczej niż kilka dni temu. Seraki poodpadały, kilka drabinek było ustawionych w innych miejscach. Parę razy słyszeli huk, gdy kolejne bryły odpadały i uderzały o lód na ziemi. Parę razy dziewczyna stawała nagle, nasłuchując i starając się określić jak daleko się to wydarzyło. Drżała, ale chwilę później zawsze któryś z chłopaków kładł jej dłoń na ramieniu, dając znać, że jest okey. Doceniała, że jeden z nich zawsze trzymał się blisko niej. Kiedy dotarli do Obozu I, Arthur już czekał z herbatą. Oczywiście, doszedł tam jako pierwszy z ich małej grupy. Zanim słońce wzeszło i zrobiło z tego miejsca saunę, odpoczęli i wyruszyli do Obozu II, który był wyludniony. 
— Dlaczego tu nikogo nie ma? — spytała, gdy w końcu siadła w namiocie i zdjęła ciężkie buty.
Czuła, że na prawej stopie tworzy się pęcherz, który musiała jak najszybciej zakleić, żeby móc dalej iść.
— Pewnie są już na górze, żeby atakować — mruknął Ryan, siadając obok niej. Oddychał głęboko ze zmęczenia. On niósł swoje rzeczy sam, więc był dodatkowo obciążony, a co za tym idzie, bardziej wycieńczony. — Dobrze dla nas. Nie będzie kolejki. — Uśmiechnął się szeroko. — Oby prognozy się sprawdziły i okno pogodowe było faktycznie do dwudziestego piątego. Wtedy jeszcze zdążymy wrócić na sam dół.
— Byłoby idealnie. Kiedy ślub?
— Data jest ustalona na trzeciego czerwca.
— Rany, zdążymy wrócić?! — obruszyła się, wyliczając, że mają tydzień na powrót z Nepalu do Stanów.
— Oby. — Uśmiechnął się, odsłaniając wszystkie zęby. — Inaczej moja przyszła żona mnie zabije jeszcze przed ceremonią.

Udało jej się usnąć, chociaż kilka razy budziła się z powodu bezdechu. Zresztą nie tylko ona, bo Ryan też zrywał się, oddychał kilka razy głęboko i wracał do snu. Ona zachowywała się dokładnie tak samo, do momentu, gdy to wszystko po prostu ustało. Rano obserwowali sznur ludzi, którzy wspinali się z Obozu III do IV. Największa liczba ekip planowała bowiem jutro atakować szczy. To był ten jeden dzień w roku, gdy powstają słynne zdjęcia z podpisem: Kolejka na Everest. Oni mieli jeszcze poczekać i wejść bez tłumu innych ludzi. Wiedzieli, że ryzykują, bo może się okazać, że pogoda im popsuje plany na wspinaczkę, ale zdecydowali się podjąć to ryzyko. 
Ponad to Aurora zabroniła mówić w swoim towarzystwie o wszelkich śmierciach w ostatnich tygodniach, a tych zapewne kilka było, bo widziała, że panowie często szepczą między sobą i milkną gdy podchodzi. Nie chciała wiedzieć. Nie chciała się stresować, a takie informacje tylko wytrąciłyby ją z równowagi. Wolała żyć w nieświadomości. Przynajmniej na razie. W dodatku niezbyt motywująco działały na nią zejścia osób, które szczyt już zdobyły. Oni mieli przed sobą jeszcze długą drogę. 

Jak planowali, po jednym dniu odpoczynku, ruszyli do obozu III. To długa droga, ale w końcu doszli, żeby łyknąć trochę odpoczynku i wystartować do "czwórki". Zaczęło się robić poważnie, bo wszyscy zaczęli wspomagać się tlenem, więc maski zasłaniały ich twarze. Ten odcinek był bardzo wymagający i mozolny. Aurora uświadamiała sobie, że zbliżają się do Strefy Śmierci. Po wyjściu z Obozu znowu była w nieznanym. Dotychczasową drogę pokonała raz. Teraz... Teraz było coraz poważniej, a ona coraz bardziej się bała, chociaż większość mijanych osób się starała uśmiechać i machać do nich, ale podejrzewała, że ta radość to z powodu tego, że już schodzą niżej. Aurora miała swój rytm wchodzenia: kilka kroków, przerwa, oddechy, kilka kroków, przerwa, oddechy... Pomimo wspomagania tlenem, człowiek znacznie szybciej się męczył. Każdy szedł swoim tempem. Arthur był na przedzie, zaraz za nim Miles, Ryan i dopiero ona. Mimo wszystko cały czas miała któregoś w zasięgu wzroku i radia, bo non stop byli ze sobą skomunikowani. 
Szczególnie trudny i męczący był odcinek nazywany Żółtą Wstęgą. Wspinaczka po skałach wymaga sporego wysiłku i gdy w końcu zobaczyła namioty w Obozie IV, była zupełnie wyczerpana i zaczęła sobie zadawać pytanie: Po jaką cholerę tu przyjechałaś?!
Zaczęła poważnie wątpić w swoje zdrowie psychiczne. To nie była jej pierwsza wspinaczka, ale jeszcze nigdy nie czuła się tak jak teraz. Jeszcze nigdy nie wspinała się aż tak wysoko. I gdy zbliżała się do namiotów zrozumiała bardzo ważną rzecz. Wchodziła w strefę śmierci. Tutaj nie było zabawy. Czekało ją trochę odpoczynku i atak szczytowy. Kolejny wyczerpujący etap. Musiała realnie ocenić swoje szansę na wejście. 

W namiocie, w którym miała spać z Milesem i Ryanem, zdecydowała, że nie ma siły, żeby tej samej nocy atakować szczyt. Wiedziała, że nie ma żadnych szans na dojście na górę, bo była zbyt zmęczona. Ocenili ile mieli butli z tlenem i zdecydowali, że zrobią rest i wejdą jutro w nocy. Mogli sobie na to pozwolić. Upewniła się, że Tenzing też może zaczekać. Arthur zdecydował się na atak jeszcze tej samej nocy. Oni czekali na informacje od niego i cały dzień spali, leżeli, patrzyli w ściany namiotu, jedli i pili, szykując się na wieczorne wyjście. Chcieli opuścić obóz koło dziewiątej, więc poprzedzające godziny spędzili na zbieraniu sił. Wisiorek bezpiecznie znajdował się w niewielkiej kieszonce, kamień dżi był ukryty pod kurtką, a wstążeczka od lamy była wpleciona w rzemyk na którym ów kamyk wisiał. Wszelkie drobne prezenty, które miała dla szczególnych osób, były bezpieczne w plecaku.
W końcu koło osiemnastej zaczęli szykować się do wyjścia. Sprawdziła czy ma wszystko czego potrzebuje, czy to co może się przydać po drodze, ma pod ręką. W końcu spojrzała na Ryana, który przyglądał jej się i nic nie robił.
— Co jest? — spytała, razem z Milesem skupiając uwagę na przyjacielu.
— Nie idę. 

obserwatorzy

SZABLON WYKONANY PRZEZ KAYLO NA BAZIE CZARNEJ REWELACJI, PRZY POMOCY: BLOGGER PORADY. OBSŁUGIWANY PRZEZ BOGGER.